O sobie

Proza

Teatr

Tekst

Grafika

Studio

Kontakt

Ostatni piękny widok

Znalazłem go bez trudu. Wystarczyło stanąć plecami do lasu na łące, która zsuwała się ze wzgórza i niepostrzeżenie znikała w rzece. W miejscu, które wybrałem, trawa była obfita i soczysta. Rozgarnąłem ostrożnie czubkiem buta nabrzmiałe źdźbła i stanąłem wygodnie, nieznacznie rozstawiając stopy, a podeszwy butów mocno wcisnąłem w miękką glebę.

Było jeszcze wcześnie. Słońce wychyliło się zza drzew i poczułem ciepły dotyk między łopatkami. W powietrzu zawisły warstwy mgły – na tyle przejrzyste, aby nie zakłócać delikatnej struktury przestrzeni i na tyle wyraźne, że nadawały jej rys wilgotnej akwareli. Zauważyłem, że krople wody osiadły mi na nogawkach starannie zaprasowanych spodni. Strzepnąłem je od niechcenia i przetarłem twarz mokrymi palcami. Teczka ciążyła mi w drugiej ręce, więc rozkołysałem ją i rzuciłem z rozmachem przez lewe ramię. Po krótkim locie osiągnęła pobliskie zarośla, zaszeleściła gwałtownie, a po chwili wszystko ucichło. Poprawiłem krawat, odetchnąłem głęboko poprzez otwarte usta i podniosłem głowę.

Widok leniwie rozpostarł się przede mną.

Spoglądałem, nie poruszając oczami, chłonąłem obraz, który trwał na wprost u podnóża pagórka. Im dłużej patrzałem, tym mocniej wpijałem się w niego oczami, aż zacierały się kontury i rozmywały kształty.

Szybko dowiedział się o mnie. Z początku jakby nie zależało mu wcale na mojej obecności, lecz po chwili już nie czekał, wychodził naprzeciw i sięgał coraz bliżej, coraz pewniej, aż zaczął płynąć wprost ku mnie. Zachwiałem się lekko, gdy w końcu przebił się przez moje ciało i nie znajdując już żadnej przeszkody na swojej drodze podążał dalej, ku gęstej ścianie lasu, aby tam wtopić się w gęsty szpaler drzew.

Stałem spokojnie, aby mógł swobodnie przepływać. Poły płaszcza falowały i marszczyły się, nie wiedziałem czy unosi je wiatr od rzeki, czy to widok przybiera na sile. Czas mijał i choć miałem świadomość jego upływu, nie znajdowałem w sobie nawet śladu zmęczenia. Słońce dotknęło moich włosów z tyłu głowy, a ja wciąż nie czułem sztywnienia napiętych mięśni czy drętwienia nóg. Przeciwnie – stało mi się coraz lepiej. Gdy resztki mgły skłębiły się zacierając na chwilę widok, spojrzałem w dół, na ziemię, której oparcie przynosiło mi teraz wielkie zadowolenie. Buty zagłębiły się w glebie do połowy swojej wysokości i czułem na kostkach stóp przyjemny chłód. Ostrożnie balansując ciałem podniosłem prawą nogę, aby zajrzeć pod podeszwę. Z jej skórzanej powierzchni wychylały się drobne, półprzeźroczyste korzonki. Kręte nitki, choć jeszcze drżały wyczerpane przebijaniem grubej zelówki, już krzepły, przeczuwając bezpieczne objęcia ziemi. Czym prędzej postawiłem stopę, starając się trafić dokładnie w to samo miejsce, z którego wyjąłem ją przed chwilą. Delikatne pędy już pewnie znalazły swoje miejsce we wnętrzu wzgórza, a przez moją ciekawość znowu będą musiały się trudzić. Obiecałem sobie pod żadnym pozorem nie zaglądać pod podeszwę drugiego buta.

Widok znowu przykuł moją uwagę. Pochłaniał mnie bez reszty, ale wiedziałem też o innych zdarzeniach – czułem zapachy łąki, które podrażnione słońcem wzbierały rozmaitością ziół i kwiatów, słyszałem szelest traw, brzęczenie owadów, a z góry, znad daszka czapki, dochodziło mnie podzwanianie skowronka. Gdy wsłuchałem się uważniej, rozpoznałem też głosy innych ptaków. Rozłożyłem szeroko ramiona na wypadek, gdyby chciały przysiąść, zmęczone lotem.

– Ładny widok, prawda?

Tuż obok stał mężczyzna. Nie odwróciłem głowy, ale widziałem go wyraźnie kątem oka. Był w wieku zbliżonym do mojego, podobnego wzrostu i podobnie jak ja był ubrany w długi, jasny płaszcz. Gdyby miał na głowie czapkę z daszkiem zamiast kapelusza, stanowilibyśmy niemal doskonałe odbicie.

Powoli opuściłem ręce i wsunąłem je do kieszeni. Jeszcze przed chwilą nie pamiętałem, że mam dłonie, a tym bardziej zapomniałem o kieszeniach. Spojrzałem niechętnie na nieznajomego. Mężczyzna patrzył wprost przed siebie, przez lekko przymknięte powieki. Musiał nadejść z drugiej strony wzgórza, od strony miasteczka, ale i tak wydało mi się dziwne, że go nie zauważyłem ani nie usłyszałem. Najwyraźniej podszedł w taki sposób, aby nie zwrócić mojej uwagi.

– Tak, całkiem przyjemny – odezwałem się w końcu i postarałem się bardzo, aby ton odpowiedzi dał mu wyraźnie do zrozumienia, że pragnę być sam i nie mam ochoty na czcze pogawędki. Pomyślałem nawet, czy nie wymówić się brakiem czasu i nie odejść natychmiast w pilnych interesach za lasem, a potem wrócić niepostrzeżenie, ale pomyślałem o delikatnych korzeniach. Być może chłodny ton głosu i wyrazista małomówność, którą już w sobie przygotowałem, wystarczą, aby pozbyć się niepożądanego towarzystwa.

Nieznajomy jednak wciąż stał bez słowa i ani myślał odejść. Oczekując dalszych pytań wybrałem w myśli kilka wariantów lakonicznych odpowiedzi i opryskliwych mruknięć, ale w miarę jak mężczyzna trwał w uprzejmym milczeniu, poczułem rosnące zakłopotanie. Pozwolić mu stać obok, czy pozbyć się po prostu krępującego towarzystwa, nie przebierając w słowach? „Precz stąd, bydlaku”, na przykład? Albo może: „Proszę mnie zostawić samego, ja teraz cierpię”? A jeśli i on jest wielbicielem widoku? Może dowiedział się właśnie o jego istnieniu i przybył z daleka, aby się nasycić? Może to mój brat współbrzmiący, krew z krwi, płaszcz z płaszcza... Postoi, popatrzy chwilę i odejdzie. A jeśli nie? Jeśli i jemu zacznie się dobrze stać, jeśli poczuje mocne oparcie ziemi pod stopami i widok uśmierzający? Lepiej będzie podtrzymać rozmowę, aby tym szybciej doprowadzić ją do końca i zmusić natręta, by odszedł.

– Można patrzeć i patrzeć, bez końca – powiedziałem trochę łagodniej i spojrzałem na zegarek. – Ani się człowiek obejrzy, a tu czas mija. Cienie w miasteczku pewnie coraz dłuższe.

– Właśnie – on też spojrzał na zegarek. – Tak stoi sobie człowiek i patrzy, a noc już chyba niedaleko, za lasem.

– Doceniam pańskie starania, ale naprawdę nie musi mnie pan zabawiać rozmową, a nawet może pan odejść, choćby i w tej chwili, bez pożegnania. Zapewniam, że nie będę miał tego panu za złe. Pośpiech byłby wskazany, bo słońce opada coraz szybciej. Wzgórze jest nierówne i łatwo będzie potknąć się o kamień czy kretowisko w zapadającym zmroku.

Spojrzałem znowu przed siebie niby patrząc obojętnie, ale czekałem co zrobi. Kątem oka widziałem, że często przestępuje z nogi na nogę. Nieustannie podnosił na zmianę to prawy, to lewy but tuż nad powierzchnię ziemi i poruszał stopą. Bardzo starał się to ukryć, lecz zdradzało go kołysanie barków. Przełknął ślinę – zbyt szybko, jak na zwykłe przełknięcie.

– Mieszkam tu niedaleko i znam okolicę jak własną kieszeń, więc dam sobie radę. Ale pan nie jest stąd. Wiem to na pewno – spojrzał na mnie, zatrzymując na chwilę wzrok na moich butach. – Mógłby pan upaść w ciemnościach i uderzyć się, lub, nie daj Boże! złamać nogę. Proszę iść ze mną, pomogę panu znaleźć pokój – wygodny i tani, ze śniadaniem w cenie wynajmu. Oczywiście zrobię to całkowicie bezinteresownie. Dla samej przyjemności oglądania pańskiego zadowolenia.

Zamilkł, patrząc na mnie wyczekująco.

– Nie mogę pozwolić na to, aby spotkało tu pana coś złego – dodał wolno. – Jak pan słusznie zauważył, łąka jest nierówna i łatwo się można potknąć, a wołania o pomoc nikt nie usłyszy zza tego wzgórza... Nie chciałbym, aby ktoś pomyślał źle o naszym mieście. Poza tym...

Zawiesił głos i przysunął się bliżej. Poczułem, że dotknął mnie połą płaszcza.

– Słyszałem, że na przedmieściach pojawił się wściekły pies – ściszył głos, a dla uzyskania dodatkowego efektu odwrócił na chwilę głowę i spojrzał ukradkiem przez ramię. – Jest bardzo szybki i silny. W ciemnościach zupełnie niewidoczny.

– Od kogo pan słyszał? – zapytałem spokojnie i wymownie spojrzałem na jego stopy, którymi poruszał nerwowo. Zmieszał się.

– Od ludzi – odpowiedział szybko. – Ludzie mówili. Podobno wczoraj w nocy pogryzł aptekarza. Rzucił mu się do gardła i przegryzł krtań.

Mężczyzna potarł twarz ręką, obserwując moją twarz. Usłyszałem chrzęst zarostu pod długimi palcami.

– Aptekarz lubił wieczorami przechadzać się nad rzeką. O, tam, za zakrętem – wyciągnął rękę w kierunku płynącego widoku. Wydawało mi się, że obraz zadrżał i zakołysał się, jak tafla łagodnie płynącej wody, dotknięta przez nieostrożną ważkę. – Często widywałem go spacerującego brzegiem. Powtarzał sobie na głos co piękniejsze wyjątki z farmakopei. „Weź dwie uncje bezoaru, czyli kamienia z wnętrzności kozła afgańskiego, utrzyj na proszek i umieść w grafitowej retorcie...” Gdy go znaleźli dzisiaj rano, leżał z głową w wodzie i łączył się z rzeką.

– To całkiem zrozumiałe – przerwałem mu. – Przecież nawet człowiek, istota szlachetna z natury i rozumna, potrafi oszaleć i nie tylko bez powodu rzucić się komuś do gardła, ale wyrżnąć całe miasto, gdy mu przyjdzie ochota. Więc co tu się dziwić zwykłemu psu?

Spojrzał na mnie, a ja uniosłem wysoko wargę w uśmiechu, odsłaniając zęby. Odsunął się powoli, jakby niechętnie.

– Niech pan idzie ze mną. Tak będzie lepiej.

– Czy ma pan zapałki? Lub zapalniczkę? – zapytałem.

– Owszem – nie wydawał się zaskoczony, sądził zapewne, że chcę zyskać na czasie i że teraz sięgnę po papierosy. – Mam pudełko zapałek.

Potrząsnął pudełkiem w wyciągniętej ręce. Wziąłem je i spojrzałem mu prosto w oczy.

– A czy mógłbym je sobie zatrzymać?

– Oczywiście! – odpowiedział natychmiast i uśmiechnął się uprzejmie, lecz wyczułem napięcie w jego głosie. Nie wiedział, do czego zmierzam.

– Świetnie. Widzi pan, tu, w kieszeni mam świeczkę – wystawiłem dwa palce w kieszeni płaszcza i wypchnąłem ją w kierunku nieznajomego. – Jeśli zmrok mnie zaskoczy, zapalę ją za pomocą pańskich zapałek i bezpiecznie ruszę w dalszą drogę. W ten sposób pańska życzliwość dla przypadkowego wędrowca będzie bezsprzeczna, a ja z czystym sumieniem będę mógł opowiadać, że w tym miasteczku los podróżnego nie jest obojętny mieszkańcom.

Chciał coś powiedzieć, ale uprzedziłem go.

– Lubię podróżować nocą, zwłaszcza gdy lato jest tak piękne, jak w tym roku, a noce – bezwietrzne i suche. Jestem wypoczęty i w dobrym nastroju, a i moje interesy za lasem nie mogą czekać. Chciałem tylko nasycić oczy widokiem, który niespodziewanie rozpostarł się przede mną. Ponieważ nie mogę go ze sobą zabrać, stoję i patrzę od jakiegoś czasu, aby jak najgłębiej zapadł we mnie. Będę po niego sięgać w trudnych chwilach – odwróciłem głowę i znów spojrzałem przed siebie. – Sam pan jednak rozumie, że... przy całym szacunku dla pana, przedstawiciela tego jakże troskliwego dla obcych miasteczka, chciałbym, aby zapadł we mnie ów widok w najczystszej swojej postaci. Bez ludzi.

Znowu poruszył ustami, jakby chciał mi przerwać, ale mówiłem dalej.

– Jeśli zaś chodzi o psa, to proszę, niech pan będzie zupełnie spokojny. Światło świecy powinno go odstraszyć, a jeśli zajdzie potrzeba, schylę się po prostu po jakiś poręczny kamień i zrobię z niego użytek. Ten, na przykład, byłby niezły – schyliłem się i podniosłem obły kamień, który leżał w trawie. Podrzuciłem go w ręce. Opadł ciężko, mlasnął o wnętrze dłoni. – Potrafię rzucić celnie, gdy ktoś mnie zaczepia.

Odłożyłem kamień na miejsce w trawie, starając się nie poruszać stopami. Mężczyzna patrzył na mnie uważnie. Wiedziałem, że pozbawiłem go wszystkich argumentów i że teraz nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko odejść i zostawić mnie samego. Byłem pewien, że doszedł do tego samego wniosku, gdy tylko otworzył usta.

– Jak pan sobie życzy – powiedział z pewnym wysiłkiem. – Warto jednak, aby pan pamiętał, że nieraz łatwo się zatrzymać na chwilę, ot, choćby dla pięknego zakątka czy miłego cienia pod drzewem, ale potem trudno znowu ruszyć w drogę.

Drgnąłem lekko, bo wiedziałem, że znów spogląda na moje buty. Sam wciąż poruszał stopami i nawet już nie próbował tego ukrywać.

– Wystarczy chwila nieuwagi i już jest za późno. Przyzwyczajenie nie pozwala nam odejść – przerwał, jakby oczekując mojej odpowiedzi, ale zaraz mówił dalej. – Sami nie spostrzegamy, kiedy stajemy się częścią miejsca, które miało być tylko przystankiem w podróży. Nie mogąc odejść, pozbawiamy siebie okazji dotarcia do wszystkich innych miejsc, gdzie jeszcze nas nie było. Sami stajemy się miejscem, które mijają inni.

– Popatrzę jeszcze chwilę – odrzekłem stanowczo. – Niedługo i tak zrobi się ciemno.

– Właśnie – mężczyzna z nadzieją podchwycił moje słowa. – Gdy już zapadnie zmrok, nic nie da się zobaczyć i wtedy nie będzie sensu tu stać.

– Toteż wtedy pójdę dalej.

– Za las? – wiedział, że już powinien iść, ale wciąż stał niezdecydowany. Widziałem, że zaciska ręce w kieszeni i stara się nie patrzeć na moje stopy.

– Za las – spojrzałem na niego i postanowiłem nie odwracać spojrzenia, dopóki nie odejdzie. Wytrzymał dłużej, niż przypuszczałem.

– Może stanie pan tutaj, stąd jakby lepiej widać – próbował jeszcze, ale widząc moją podniesioną wysoko wargę, odwrócił się niezręcznie i począł schodzić w dół, ku miasteczku. Szedł szybkim, trochę niezdarnym krokiem. Spod kapelusza wystawała mu cienka gałązka z zielonym liściem. Głupiec – myślał, że jej nie zauważę. Nie spuściłem go z oka, aż nie zniknął za wzgórzem.

Gdy w końcu zostałem sam, mogłem znów się skupić na obserwacji. Stwierdziłem zadowolony, że mimo nieprzyjemnej rozmowy, widok przez cały czas spokojnie przepływał przeze mnie. Uspokojony jego obecnością rozluźniłem się i znowu oddychałem wolnym rytmem. Stałem coraz pewniej, a po dłuższej chwili począłem dziwić się na wspomnienie, że jeszcze nie tak dawno wolałem poruszać się i przemieszczać, zamiast znaleźć swoje miejsce na tym wzgórzu i trwać, czując pod sobą uspokajający uchwyt ziemi. Dotknąłem kolan i uśmiechnąłem się zadowolony – nie było ich już, a właściwie nie było ich dwóch. Zrastały się.

Trwałem w przepływającym widoku rozpięty nad łąką, a ptaki zlatywały się z trzepotem, siadały na moich ramionach i głowie, aż pokryły mnie tak gęsto, że nie było już miejsca. Nie czułem ich ciężaru, tylko krótki świergot, czy szybujący kłębek puchu przypominały o ptasiej obecności. Widok wciąż płynął, nieskończenie wytrwały i wciąż tak piękny, jakim poznałem go na początku dnia. Zmrok zapadł niepostrzeżenie i choć zauważałem już tylko zarysy kształtów, czułem obecność przestrzeni. Zamknąłem oczy, aby nie widzieć zimnych świateł miasteczka.

Obudził mnie nagły trzepot ptasich skrzydeł. Usłyszałem świst i poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Upadłem.

Gdy otworzyłem oczy, pochylali się nade mną. Widziałem wysoko w górze dwie ciemne sylwetki w kapeluszach na tle wysokiej nocy. Poruszały się odsuwając na boki tak, aby światło księżyca mogło dotrzeć do wnętrza głębokiego dołu, w którym zostałem ułożony i próbowały zajrzeć mi twarz. Dostrzegłem znajomą gałązkę z liściem, wystającą spod jednego z kapeluszy. Po bokach szemrały strumyki piasku, osypujące się ze ścian. Poniżej brzucha nie czułem nic, żadnego ucisku, więc domyśliłem się, że mój pień został złamany. Ziemia pode mną była ciepła i mokra.

– Idź i poszukaj teczki. Powinna być w krzakach – odezwał się jeden z nich. Nie zauważyłem który, gdyż wciąż nie widziałem ust.

– Mam ją tutaj – tak, to był on, poznałem głos. Musiał sprowadzić tutaj tego drugiego.

– Daj. Dlaczego wciąż ci muszę powtarzać, żebyś bardziej uważał!

Zamknąłem powieki, bo księżyc zaświecił mi prosto w oczy.

– Kiedyś przyjdziemy za późno i już nie damy rady. Wrastają coraz szybciej.

Rzucili teczkę w głąb dołu. Upadła mi ciężko na piersi i zsunęła się na bok.

– Jeśli nie postaramy się bardziej, niedługo zajmą całe wzgórze. Będą stali jeden obok drugiego, rząd za rzędem. Każdy będzie chciał być bliżej i widzieć lepiej, więc ostatni będą wyciągać szyje i napierać na pierwszych, aż pierwsi wpadną do rzeki i ostatni będą pierwszymi, ale tylko po to, aby podzielić los poprzedników. Gdy pierwsi wypełnią rzekę, ostatni wyjdą na drugi brzeg. Wtedy nie będzie już nic do oglądania, poza nimi samymi.

Zniknęli oboje znad krawędzi dołu. Czapka z daszkiem zakręciła się na niebie i upadła gdzieś obok moich stóp. Zgrzytnęła łopata, po chwili ciężka gruda ziemi upadła mi na brzuch.

– Przychodzą dlatego, że widok jest piękny – zauważył znajomy głos.

– I właśnie dlatego nie możemy im na to pozwolić. Dobrze by było, abyś o tym pamiętał!

Mówili coś jeszcze, ale kolejne bryły, które na mnie spadały, zagłuszały słowa rozmowy. Czułem rosnący ciężar na piersiach, ale nie przeszkadzał mi w oddychaniu, bo już nie potrzebowałem oddechu. Kawał tłustej darni upadł w miejsce, gdzie kiedyś miałem oczy i usta i skończyły się gwiazdy, a księżyc potoczył się w głąb mojej czaszki, zakręcił się i brzęknął głucho jak fałszywa moneta. Jeszcze długi czas czułem stęknięcia ziemi, która z wolna spiętrzała się nade mną. Potem ucichło wszystko, a ja nieruchomiałem w ciszy i tylko szelest piasku, czy szmer osuwającego się kamyka niepokoił moją świadomość, zanim nie dopaliła się na dobre.

Jutro, skoro świt, ruszę do góry korzeniem. Tam, gdzie rozpościera się piękny widok.

–––

copyright © 2017 Dariusz Bazaczek  |  Wszystkie prawa zastrzeżone