Parasol na śmierć

Siedział ponury

na trzeciej gałęzi od góry,

 a wiatr mu układał pukle włosów

w przedziwny sposób.

Krzyczał, że skoczy,

lecz krzycząc, nie patrzył mi w oczy,

spoglądał wciąż ponad drzew wierzchołki,

gdzie żywioł wszelki.

Patrz, chmurzy się i będzie deszcz,

więc albo skacz, albo zejdź,

bo nie zabrałeś parasola,

zapomniałeś... Na śmierć.

Upadł przede mną

i milczał, lecz wszystko daremno,

w mdły dzień wybaczyłabym mu jeszcze,

lecz nie przed deszczem.

Poszłam natychmiast,

a potem wilgotna i dżdżysta

wołałam ze śmiechem, stojąc w oknie:

„Jak chce, niech moknie!”

Patrz, chmurzy się i  pada deszcz,

więc lepiej wstań, w garść się weź,

bo nie zabrałeś parasola,

zapomniałeś... Na śmierć!

Ciągle tam leży,

zawzięty, aż trudno uwierzyć,

maliny mu kwitną w puklach włosów

w przedziwny sposób.

Krzyczał, że skoczy,

a przecież nie patrzył mi w oczy,

w mdły dzień uwierzyłabym mu jeszcze,

lecz nie przed deszczem.

Chmurzyło się, miał padać deszcz

mówiłam: „Skacz, albo zejdź”,

a on nie zabrał parasola,

bo zapomniał... Na śmierć.

–––

 

copyright © 2017 Dariusz Bazaczek  |  Wszystkie prawa zastrzeżone