O sobie

Proza

Teatr

Tekst

Grafika

Studio

Kontakt

Skarby

(fragment)

– Podobno znowu znaleźli u was jednego?

Chłopiec spojrzał przez ramię czekając, jaka będzie odpowiedź.

Kierownik nie odpowiadał, zajęty podliczaniem długiej kolumny cyfr, wypisanych drobnym pismem na świstku papieru.

– Mówią, że to, co z niego zostało, zmieściło się na dnie beczki – zagadywał dalej nieznajomy. – Parę garści popiołu. I złoty ząb z monogramem.

Kierownik uniósł głowę, jakby poczuł na sobie wzrok chłopca.

– Ja nic nie widziałem – odpowiedział dobitnie, patrząc mu prosto w oczy. Chłopiec odwrócił się szybko i przycisnął nos do szyby.

– Z czasem, im człowiek mądrzejszy, tym widzi coraz mniej – obcy uśmiechnął się lekko. – Ale to już chyba trzeci w tym roku, co? Ten niedopieczony?

– Nie pierwszy i nie ostatni – mruknął pod nosem Kierownik i stuknął kilka razy ogryzkiem ołówka w jedną z pozycji rachunku. – Tu mi się nie zgadza. Dziesięć gramów cynobru, dwadzieścia – antymonu...

Znowu pochylili się nad kartką.

Ściszone słowa szemrały usypiająco i leniwie rozłaziły się po brudnych zakamarkach. Rozgrzany piec olejowy poskrzypywał w kącie, jakby z wysiłkiem nabierając powietrza w pordzewiałe płuca. Tuż obok, na podłodze, na kolorowej płachcie magazynu, opatrzonego spłowiałym tytułem „La beauté”, suszyły się pieczarki i inne polne grzyby, które od kilku dni zaczęły porastać wysypisko. Zmarszczone główki przylepiły się do twarzy modelki na zdjęciu. Poczerniały sok zasychał między jej drobnymi piersiami i marszczył kościste ramiona. Grzybowy aromat mieszał się z zastarzałą wonią papierosowego dymu i odorem potu. Wyżej, pod sufitem, wisiał pęk ziół, przewiązany czerwonym sznurkiem. Wyschnięte rośliny poskręcały się w jeden zawiły kształt i tylko oko znawcy mogłoby odróżnić w tej gęstwie wyblakłe płatki deliony, liście prawoślazu o postrzępionych brzegach czy kruche jak szkło blaszki beladonny. Gdy otwierały się drzwi i przez nadpękniętą szybę do wnętrza służbówki wpadał podmuch przeciągu, wiązka ziół z szelestem uwalniała ze swego wnętrza drobiny roślinnej materii. Opadały migoczącym kurzem na kamienną podłogę.

Chłopiec błądził sennym wzrokiem po drewnianych ramkach, w które wstawione były małe kwadraty szkła, tworzące jedyne okno pomieszczenia. Pociemniałe od dymu szyby znaczyły wpadające światło dnia zielonkawoszarym odcieniem i nawet w pogodny dzień niebo wydawało się pochmurne. Teraz, w jesienne popołudnie, zwieszało się nisko nad ziemią, prawie dotykając dachów. Deszcz zsuwał się po tłustym szkle drobnymi okrągłymi kroplami, jakby ktoś sypał na szybę miękkie kulki rtęci.

Farba miejscami łuszczyła się i odpadała z okiennej ramy, odsłaniając głębokie szpary. W jednym z takich liniejących narożników zaczaił się pająk. Chłopiec odłamał drewienko z futryny i ostrożnie dotknął nim pajęczego odnóża. Spłoszony owad drgnął, ale zaraz zamarł w napięciu. Dopiero następne szturchnięcie zmusiło go do opuszczenia bezpiecznej kryjówki. Biegł w stronę zbawiennej ciemności pod krzywym parapetem okna. Był na tyle zwinny, że zdołał umknąć przed ostrzem drzazgi i zdążył schować się w kolejnej szczelinie. Kosmate nogi otoczyły pulsujący odwłok i zamknęły go w troskliwym objęciu jak klejnot, oprawny w ciemny metal.

Chłopiec znowu odwrócił głowę i ukradkiem spojrzał na ręce Kierownika. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały przedramiona, gęsto porośnięte włosami. Mięśnie poruszały się pod skórą w rytm ruchów dłoni, które wprawnie przeliczały zwitek banknotów i sporą garść monet. Obcy, siedzący naprzeciw, obserwował uważnie liczone pieniądze, ale jednocześnie urywanymi zerknięciami badał twarz Kierownika, jakby szukając w niej śladów zadowolenia.

Pająk wciąż pulsował w dziurze pod parapetem. Chłopiec przesunął palcami po drewnianej ramie szukając nowej drzazgi. Poprzednia nadłamała się, więc nie było pewności, że zdoła zagłębić się w pajęcze ciało na tyle gładko, aby nie rozerwać go na strzępy. Gdy przelotnie zerknął w okno, zauważył cztery ludzkie postacie.

Idący byli jeszcze daleko, ale można było dostrzec, że poruszają się nienaturalnie równym krokiem – jeden za drugim, w jednakowych odstępach. Wszyscy byli wygięci w lewo, a lewe ręce trzymali odchylone na zewnątrz. Nad jednym z nich wznosił się jakiś czarny kształt. Poruszany wiatrem przypominał przetrącone ptasie skrzydła.

Chłopiec cofnął się w głąb pomieszczenia.

– Kierowniku, idą jacyś – rzucił niepewnym głosem w kierunku siedzących.

Kierownik wkładał pieniądze do metalowej kasety. Jedna z monet wyśliznęła mu się z palców i z brzękiem zakręciła na podłodze pod stołem. Nieznajomy przydepnął ją wprawnie szerokim butem. Kierownik przyklęknął i wyciągnął rękę, ale but nie poruszył się.

– Twój syn mówi do ciebie „kierowniku”?

– Przecież jestem kierownikiem. Wszyscy tak do mnie mówią.

Obcy patrzył przez chwilę na klęczącego, potem pochylił się lekko w jego stronę.

– Potrzebowałbym trochę tego popiołu.

– Popiołu? – Kierownik drgnął lekko, ale nie podniósł głowy. Wciąż wpatrywał się w nieruchomą stopę obcego. – Wszystko zabrali.

– Niedużo. O, taką garść, jaką ma ten mały.

Obcy ruchem głowy wskazał na chłopca, który stojąc z dala od okna wspinał się na palce i wciąż wpatrywał w szybę. Na jego zadartym wysoko podbródku widniała szrama w kształcie półksiężyca.

Chłopiec miał nadzieję, że idący skręcą i znikną między hałdami. Gdy przekonał się, że zmierzają w kierunku biura, cofnął się jeszcze dalej w głąb izby i oparł plecami o przeciwległą ścianę. Nad jego głową wisiał kawałek tektury, oddarty fragment opakowania. Przedstawiał podobiznę przystojnego mężczyzny w garniturze. Surowa, gładko wygolona twarz, spoglądała spokojnie jasnymi oczami. Wokół jego głowy domalowany był świetlisty krąg, pokryty grubą warstwą złotej farby. Nierówne krawędzie i gęste zacieki zdradzały niewprawną rękę autora aureoli.

– Jacyś tu idą! – powtórzył głośniej chłopiec.

Nieznajomy uniósł stopę i patrzył jak ręka Kierownika wsuwa się niepewnie pod podeszwę buta.

– Co tam znowu, kto idzie... – Kierownik ciężko podniósł się z klęczek, przecierając monetę rąbkiem koszuli.

– Nie wiem, jacyś czterej. Ze skrzydłami...

Zamknął starannie kasetę i nie wypuszczając jej z rąk podszedł do okna. Przysunął twarz blisko do szyby i przyglądał się nadchodzącym. Spocone czoło zostawiło tłusty ślad na szkle.

– Trolle... – mruknął niechętnie.

– Kto? – obcy podniósł się z krzesła.

(...)

–––

 

copyright © 2017 Dariusz Bazaczek  |  Wszystkie prawa zastrzeżone