O sobie

Proza

Teatr

Tekst

Grafika

Studio

Kontakt

Ślepy złodziej, nienajgorsza myśl

(fragment)

Żona mnie zostawiła. Zostawiła mnie na torach, z jednym kolejarzem. On jej pomagał. Oboje byli pijani i może dlatego wybrali bocznicę. Położyli mnie związanego i poszli. Kark mi trochę drętwiał, bo szyna była zimna jak lód, ale jakoś się leżało. Patrzyłem w górę, przed siebie. Pierwsze, co zauważyłem, to były druty elektryczne. Nieprzyjemne. Ale wyżej było niebo, gwiazdy i już po chwili tych drutów nie widziałem. A potem usłyszałem muzykę. Radio chyba gdzieś grało, dość daleko, więc nie wiem dokładnie co grali. Jakiś przyjemny taneczny kawałek. Leżałem i nie myślałem o niczym, bo nad czym tu się zastanawiać, kiedy wszystko wiadomo. Nawet mi było dobrze. Zaraz przyjedzie towarowy albo ekspres i trach, po wszystkim. Dopełni się moja historia.

Ale mijały minuty i nic się nie działo. Ani śladu pociągu. Pies wyszedł z krzaków, zawarczał. Powęszył chwilę i zniknął. I znowu nic. Więc się zacząłem denerwować. Chyba krzyczałem, bo potem mnie gardło bolało przez dwa dni. Nie pamiętam tego krzyku. Wiem tylko, że się miotałem na boki i w końcu tak walnąłem głową o szynę, że gwiazdy nade mną zatańczyły. Od tego uderzenia wziąłem się w garść i wpełzłem na nasyp. Źdźbła rudej trawy, która porastała zbocze, były ostre jak metal, a ja miałem ręce związane na plecach, więc poraniłem sobie twarz do krwi. Jakbym czołgał się przez zarośla tępych, pordzewiałych żyletek. Lecz wtedy nic nie czułem, więc nie bolało. Potem siedziałem na tym nasypie jeszcze z godzinę. Nic nie przejechało. Trochę byłem zawiedziony, mimo wszystko. Może to martwa bocznica, nie wiem. Nigdy więcej tam nie byłem. Kto chciałby wracać w takie miejsce.

Na drugi dzień syn mnie wyrzucił z domu. Ale okazało się, że to nie był mój syn. Przeczytał w liście, który przysłała ta kobieta od kolejarza, że nie jest moim synem. Ona nie jest już moją żoną, więc gdybym jeszcze kiedyś musiał o niej wspomnieć, będę ją właśnie tak nazywał: Ta Kobieta Od Kolejarza. Nie chcę już o niej myśleć, ale niełatwo z dnia na dzień przestać myśleć o kimś, o kim się chętnie myślało przez lata. I nie wystarczy takiej chęci w sobie zwyczajnie zdusić. To za mało. Trzeba tę chęć najpierw wyszydzić i poniżyć. „O takiej kurwie myślisz?”, tak trzeba. „O takiej kurwie w dupę jebanej? Człowieku, daj spokój. Pomyśl lepiej o czymś przyjemniejszym. O małym kotku. Jak wygląda po południu, kiedy go rano rozjechała ciężarówka na głównej ulicy”. Tak mi mój mózg podpowiada. A wiele razy się przekonałem, że czasem go warto posłuchać. Ale myślę sobie, że jeśli on mnie musi namawiać, to coś tu nie jest w porządku. Chyba tam w środku nie jestem sam.

Wtedy, nieprzekonany widać do końca, płakałem nad tym listem. A on, mój były syn, wyrzucał mnie z domu. Jeśli nie jestem jego ojcem, stwierdził, to mnie wyrzuca. Miejsca będzie więcej. Czyli fuck out, ale to już. „Wypierdalaj, starcze”. Tak właśnie powiedział. I mówcie co chcecie, jak teraz sobie przypominam jego słowa, to wiem, że on wcale mnie nie obraził. Nie chciał mnie obrazić. Słowa były mocne, bo i sytuacja była trudna, a jednak krył się w nich szacunek.

Dom był duży, zmieścilibyśmy się razem. I ja, i on. I ten jego kolega, który często u nas nocował. Tym bardziej, że Ta Kobieta Od Kolejarza się wcześniej wyprowadziła i zwolniła pokój. Ale nie miałem pretensji, że mój były syn mnie wyrzuca. Każdy potrzebuje miejsca więcej, a nie mniej. To oczywiste. Zresztą tak płakałem nad tym listem, że nie wiedziałem co się dzieje. Przez łzy obraz świata się rozmazuje. Nie wiadomo, gdzie jesteś, jak jesteś. Czasem nie wiesz nawet, że w ogóle jesteś. Gdy się zorientowałem, było za późno. Tydzień minął w międzyczasie. Dzisiaj, gdy o tym myślę, nie rozumiem dlaczego płakałem. Przecież Ta Kobieta Od Kolejarza nie była już moją żoną, więc chyba nie przez nią. Syn też nie był mój, to był jakiś obcy człowiek. Słyszę w środku, że ktoś znowu mi robi wymówki: „Przez taką szmatę płakałeś, człowieku?”. Ale ja go rozumiem. On musi tak mówić.

Potem zwolnili mnie z firmy. Wydało się, że sypiam pod biurkiem. A przecież zawsze na czas było pościelone, posprzątane. Zanim ktokolwiek się pojawił, myłem zęby w łazience, goliłem się. Umywalkę wycierałem papierowym ręcznikiem, żeby była sucha, jak po nocy. I nawet minutę się nie spóźniałem do biura, bo cały czas byłem na miejscu. Właściwie powinni mi zapłacić za nadgodziny, pracowałem przecież do późna. Co miałem innego tam robić. Musiałem jakoś zabić te zabronione myśli, bo wciąż przychodziły. Poza tym, gdy człowiek jest w pracy, to pracuje, choćby wmawiał sobie, że robi coś zupełnie innego. A jednak, mimo wszystkich moich starań, zwolnili mnie. Chyba ktoś doniósł. Mówiłem: „Słuchajcie, jestem prezesem tej firmy. Ja ją tworzyłem od takiej malutkiej, jakby od dziecka.” Chciałem jeszcze powiedzieć wiele dobrych i prawdziwych słów, ale już nie było do kogo mówić. Poszli sobie. To zupełnie zrozumiałe: nie słuchali, bo nie musieli. Byłem przecież zwolniony.

Śmiejesz się, że prezes firmy dał się tak po prostu wyrzucić. Śmiej się, nie dbam o to. Zwolnił mnie zarząd firmy, a on może wszystko. Może nie tylko zwolnić kogo chce, ale nawet wyrzucić sam siebie. Na zbity pysk. A poza tym z człowieka położonego na torach wycieka wszystko, wszelka chęć, wszystkie pragnienia. Pragnienie władzy umiera pierwsze. Nawet jeśli to była tylko martwa bocznica.

Zastanawiam się czy przypadkiem nie wyrzucili mnie z powodu tego biurka. To był bardzo wygodny mebel, więc może ktoś inny miał na niego ochotę? Wciąż pachniało świeżym drewnem, choć miało swoje lata i spało się pod nim nadzwyczajnie. Spędziłem tam tylko kilka nocy, a miałem wtedy takie sny, że będę je zawsze pamiętał. Bardzo dobre, obiecujące sny, po których człowiek budzi się z żalem, że to już koniec i że to był tylko sen, ale chętnie wstaje do życia. Nie opowiem żadnego, przepraszam. Jeśli będę próbował je opowiadać, to spora część wycieknie gdzieś między słowami. A to może być ta najważniejsza część.

Pomyślałem więc, że skoro tak, to dobrze. Zostanę ślepym złodziejem. To może być niezła myśl. Będę miał jakieś zaświadczenie lekarskie i wtedy jeśli nawet mnie złapią na kradzieży, zaraz puszczą. Będą myśleli, że to pomyłka. Ślepy nie może być złodziejem. Może nawet im się żal zrobi i coś mi dadzą, jakieś pieniądze. Nie, pewnie nie dadzą. Sam nie wiem, czy bym dał. Prędzej można zarobić kopniaka w takiej sytuacji. Tak czy inaczej, będą musieli mnie puścić, a ja będę sobie dalej kradł według uznania. I potem kupię dom albo coś. Jakieś mieszkanie. Kończyło się lato, padało coraz częściej i chyba dlatego zacząłem myśleć o dachu nad głową.

Złodziejem nigdy nie byłem i wzrok też miałem dobry, ale od czegoś trzeba zacząć. Pomyślałem, że jak zacznę od złodzieja, to może niedobrze będzie. Nauczę się co i jak: zegarki zdejmować jednym ruchem, wyciągać portfele, biżuterię... świetnie. Ale potem, kiedy już będę ślepy, wszystko się zmieni. Warunki będą inne. I cała moja biegłość, cała nauka pójdzie na marne. Nie mogę sobie pozwolić na takie marnotrawienie czasu, bo już nie jestem młody. Wczoraj skończyłem pięćdziesiąt lat. Tak mi było źle, że pomyślałem, że gdyby Ta Kobieta Od Kolejarza albo Mój Były Syn przysłali mi kartkę urodzinową, to może bym się nawet ucieszył. Doceniłbym ten gest. Albo zamiast kartki może jakieś jedzenie. Tego nigdy za dużo. Ale zaraz powiedziałem sobie: „Głupi jesteś, człowieku. Przecież nie znają adresu”. Nie mogą znać, bo go nie mam. Jak już kupię dom czy coś, jakieś mieszkanie, to może wtedy, w kolejne urodziny, już nie będzie mi tak źle. Miło będzie dostać kartkę od Niej lub od Niego. Jeśli będę miał telefon, może nawet zadzwonią, bo przecież taniej – wystarczy wybrać numer. Wysyłanie jedzenia to już więcej zachodu, wiadomo.

Tak więc wykalkulowałem, że lepiej nie zaczynać od złodzieja i znalazłem gwóźdź. Nie za długi, poręczny. Idealny, by się oślepić. Wiedziałem, że będzie bolało, będzie cholernie bolało i dlatego trzeba to zrobić dobrze już za pierwszym razem. Naostrzyłem więc czubek gwoździa na kamieniu, dorobiłem wygodny uchwyt i zacząłem się wprawiać. Dobrze mi szło. Ale jednego dnia, kiedy ćwiczyłem pchnięcie na nadgniłych arbuzach, które można znaleźć na tyłach supermarketu, nagle coś mnie tknęło. I zaraz aż mi się gorąco zrobiło! „Kurwa, człowieku, przecież gwoździe muszą być dwa! Gdybyś wykłuł sobie wpierw jedno oko, to możesz nie mieć siły, aby wykłuć drugie. Może zemdlejesz, a może z powodu bólu gwóźdź ci upadnie i szukaj go teraz jednym okiem”. Co za szczęście, że na czas mi to przyszło do głowy. Mam tam w środku przyjaciela.

(...)

–––

 

copyright © 2017 Dariusz Bazaczek  |  Wszystkie prawa zastrzeżone