O sobie

Proza

Teatr

Tekst

Grafika

Studio

Kontakt

Zdobycie miasta N.

(fragment)

Generał od dłuższego czasu szedł oglądając się do tyłu, toteż w końcu potknął się o korzeń. Upadłby jak długi, gdyby nie plecy idącego przed nim adiutanta, który ułamek sekundy wcześniej niespodziewanie się zatrzymał.

– Jak pan chodzi, do diabła! – wrzasnął generał, gdy w końcu odzyskał równowagę. – Oślepł pan do reszty?!

Epolety z wielkich kęp suchej trawy przekrzywiły mu się pod pagonami munduru i adiutant odruchowo wyciągnął rękę, aby je poprawić. Starzec uderzył go natychmiast po palcach, aż wokół rozległo się donośne klaśnięcie. Zamarli oboje na chwilę, nasłuchując odgłosu, odbijającego się echem w głębi lasu.

Adiutant w milczeniu rozcierał poczerwieniałą dłoń. Twarz miał zaciętą, ale oczy mu się szkliły, więc odwracał głowę, aby uniknąć spojrzenia generała. Ten mruczał jeszcze coś pod nosem, jakby wspaniałomyślnie usiłował zdusić w sobie w pełni uprawnione oburzenie.

– Przecież mogłem się przewrócić!

Chciał jeszcze udawać, że krzyczy, ale że krzyknął szeptem, skrzywił się niezadowolony i pokręcił głową. Przy okazji rozejrzał się ukradkiem.

– Zabić się mogłem – pokazywał palcem. – O, jaki kamień tu leży. Uderzysz, człowieku, głową i po tobie. Chyba nie chce pan, abym się zabił. Ja, generał! Przez jakiś kurewski kamień!

– Już od pół godziny idzie pan, oglądając się przez ramię. Jak się maszeruje, to trzeba patrzeć przed siebie.

Adiutant starał się mówić z godnością, lecz głos mu drżał, więc otrzepywał z rozmachem mundur, poprawiał z chrzęstem skórzany pas, a nawet spróbował brzegiem rękawa oczyścić przydeptane noski czarnych oficerek, nie odrywając przy tym stóp od ziemi. Było to dość karkołomne przedsięwzięcie, toteż w końcu z szumem płaszcza przewrócił się na twarz, co ostatecznie rozładowało sytuację. Generał zaraz pomógł mu wstać. Mruczał już jakby dobrotliwie i nawet podniósł z ziemi okulary, oblepione brudnym śniegiem.

– Nie będzie pan mnie uczył jak się maszeruje. Oglądałem się, bo obserwowałem ślady. Chciałem się upewnić, czy moje ślady różnią się od pańskich. Bo to chyba oczywiste, że różnić się powinny.

Pochylił się zadowolony nad odciskiem własnego buta.

– Głęboki, wyraźny. Proszę bardzo. Od razu widać, że generalski. Widać, co? Niech sam pan zobaczy.

Adiutant przetarł spokojnie szkła, spojrzał przez nie ponad wierzchołki drzew, starannie założył okulary i dopiero wtedy odpowiedział. Jego głos był już spokojny.

– A pewnie, widać. Widać doskonale, na kilometr – mówił powoli i jakby w zamyśleniu. – Trafią za nami po tych śladach jak po sznurku.

– Co pan opowiada, po jakim sznurku? Kto po sznurku? Znowu chce mnie pan zdenerwować? Kto trafi, nikt nie trafi!

Zaczął dreptać w koło niby w kolejnym przypływie rozdrażnienia. Odchodził kilka kroków do tyłu, przystawał gestykulując, wracał, ale chodziło mu tylko o to, aby zadeptać jak najwięcej własnych śladów. Gdy odwracał się plecami, na twarzy adiutanta pojawiała się wyraz pogardliwej satysfakcji.

– Pan się zatrzymuje bez ostrzeżenia i stoi jak kołek, jak jakiś beznadziejny pień! Nic dziwnego, że ja się potykam i narażam życie! – znowu krzyczał szeptem. – Jakieś korzenie, niebezpieczne kamienie. Wszędzie pełno drzew, a każde inne: małe, duże, jakieś choinki... Co to za las?! Kurwa mać, to burdel, nie las! Pan jak zwykle nie potrafi sobie z niczym poradzić! Ja…

– Stanąłem, bo widać miasto.

Adiutant po raz kolejny z trudem ukrył zadowolenie, widząc jak generał urywa w pół słowa i łapie powietrze ustami.

– Jakie miasto? – wykrztusił w końcu, ale adiutant podszedł tylko do kępy krzaków, przed którymi  się zatrzymali i lekko rozchylił gałązki.

W oddali, w płytkiej dolinie, leżało miasteczko, senne jeszcze i zamglone z powodu wczesnej pory. Świt z trudem przebijał się przez ołowiane chmury, toteż bryły budynków przypominały kawałki skał, uformowane przez przypadkowy wybryk natury w geometryczne kształty. Ciemne okna tkwiły w popielatych ścianach domów niby puste oczodoły i tylko świecące uliczne latarnie pozwalały się domyślać uśpionego życia. Jednak i one już zaczynały gasnąć jedna po drugiej, przeczuwając nadchodzący dzień.

– Miasto, mówi pan. Małe jakieś. I co teraz?

Generał przyklęknął pod krzakiem i patrzył przez gałęzie. Poruszał głową na nieruchomej szyi, usiłując dojrzeć jak najwięcej, będąc przy tym jak najbardziej niewidocznym. Wyglądał niby wyliniały kogut, szykujący się do walki z przeciwnikiem, którego ze starości nie może dojrzeć zbyt dokładnie i którego istnienia nie jest nawet do końca pewny. Poły płaszcza kładły się obok niego na ziemi jak sfilcowane skrzydła.

Adiutant obserwował go z ukosa i z obrzydzeniem krzywił wąskie usta. Sam stał śmiało, wyprostowany i wydawało się, że jest mu obojętne, czy ktoś go zauważy. Wiedział jednak, że pień starego buku wystarczająco chroni go przed przypadkowym spojrzeniem.

– Obejdziemy je.

– Jak to obejdziemy? – Generał był wyraźnie zaskoczony, bo mówił pełnym głosem i nawet podniósł się na całą wysokość.

– Albo przemkniemy się chyłkiem. Opłotkami.

– To chyłkiem czy opłotkami, niech się pan zdecyduje.

– No, chyłkiem nie wyklucza…

– A obiad? Od tygodnia nie jadłem obiadu! – przerwał mu generał, ale zauważywszy, że wystaje ponad zarośla, znieruchomiał i natychmiast wsunął się za szeroki pień drzewa.

–  Pan nie potrafi podjąć najprostszej decyzji. A to opłotkami, a to chyłkiem. A to obchodzimy, a to się przemykamy!

Adiutant zdawał się nie słuchać. Rozsuwał delikatnie coraz to inne gałązki i patrzył w kierunku zabudowań.

–  Lornetka – powiedział w końcu i wyciągnął rękę w kierunku generała, nie odwróciwszy nawet głowy.

–  Czy byłby pan uprzejmy przymknąć ten swój chudy pysk, kiedy ja mówię? – sapnął generał z oburzeniem, ale zaraz zaczął szperać w zakamarkach munduru.

Wyciągał z kieszeni rozmaite przedmioty niewiadomego przeznaczenia, aż nareszcie trafił na lornetkę. Była to mała damska lornetka teatralna, zdobiona nędzną imitacją macicy perłowej. Nie miała szkieł, a zamiast paska przywiązano do niej długi kawałek sizalowego sznurka.

–  Pan mi każe nocować w jakichś norach borsuczych, pan każe mi pić wodę ze strumienia. Burdel w lesie, brudne chmury na niebie, co to, kurwa, ma znaczyć?!

Adiutant wziął spokojnie podany przedmiot i znów oddał się obserwacjom.

–  Woda ze strumienia jest zdrowsza niż z kałuży –  mruknął w końcu.

–  Właśnie! Wszędzie kałuże, błoto! Pan nad niczym nie ma kontroli. Słyszał pan o tym, co stało się z moim poprzednim adiutantem?

–  Nie wiedziałem, że miał pan już adiutanta, panie generale.

–  Miałem, i to nie jednego. Otóż, mój miły poruczniku, ten ostatni, pański poprzednik, któregoś dnia spojrzał na mnie koso. Tak jest, spojrzał koso i do tego drgnęły mu kąciki ust, o tak. Prawie niezauważalnie, jednak ja od razu domyśliłem się wszystkiego. Na dodatek stał niedbale, bokiem, plecy miał zbyt proste i podbródek trzymał poziomo... Nie mogę pozwalać na takie rzeczy! Więc chciałem strzelić go w pysk, ale stał trochę za daleko. O, tak jak pan teraz.

Generał wyciągnął przed siebie obie ręce, aby za pomocą rozstawionych dłoni wziąć przybliżoną miarę odległości. Porównanie wypadło pomyślnie, więc kiwnął głową z zadowoleniem.

–  Dokładnie tak samo. Więc zamiast strzelić go w pysk, strzeliłem mu w łeb. Z tego oto browninga.

Generał znów zaczął przetrząsać zakamarki munduru, aby odnaleźć wymieniony przedmiot. Szukał długo i bez powodzenia.

–  I niech pan sobie wyobrazi, że ten łajdak ochlapał mnie wówczas jakąś szarawą lepką substancją, bez smaku i zapachu. Takie było z niego złośliwe bydlę. Uświnił mi cały mundur. Na dodatek ów głupek już nie nadawał się do niczego, więc nie miał mi kto tego munduru wyczyścić. To skandal, żeby adiutant z odstrzelonym łbem nie potrafił wykonać najprostszej czynności, jaką jest wyczyszczenie uniformu! Mam nadzieję, że pan nie będzie równie bezczelny, poruczniku?

(...)

–––

 

copyright © 2017 Dariusz Bazaczek  |  Wszystkie prawa zastrzeżone