Przemyślenia podczas sprzątania lodówki
Nie jest łatwo pisać o sobie, zwłaszcza gdy trzeba pisać dobrze albo co gorsza – ciekawie. Na domiar złego dzień nadzwyczaj gorący. Moja pracownia na poddaszu świetnie mogłaby posłużyć za poligon badawczy naukowcom, badającym katastrofalny wpływ zmian klimatycznych na ludzki umysł. Siedzę więc otępiały, rozpoczynając i usuwając kolejne zdanie niby Joseph Grand z powieści Camusa. Jednak on mógł poświęcić całą swoją energię pięknej kobiecie na wspaniałej kasztance, podczas gdy ja mam do wyboru tylko siebie, na zwykłym krześle. Na szczęście przychodzi mi do głowy obraz mojej żony, przyrządzającej kilka godzin wcześniej deser w postaci galaretki z brzoskwiniami. Ten przysmak byłby nie tylko znakomitym alibi, aby odwlec pisanie, ale i sposobem na schłodzenie myśli. I oto już chwilę później stoję przed otwartą lodówką, z rękami opadłymi do ziemi, bo chwyciwszy niezręcznie pucharek z deserem przewróciłem dwa kolejne, których zawartość wciąż była płynna przez przeklęty upał. Wszystko się rozlało i galaretka bierze w posiadanie, co tylko znajdzie na swej drodze, a ja natychmiast biorę się w garść. Porzuciwszy chęć wygłoszenia wielokrotnie złożonego przekleństwa, chwytam papierowe ręczniki i zaczynam sobie przypominać jak to było.
Rok chyba 1988, Sopot, lato. Niewielka sala „Kawiaretu”, który nim stał się kawiarnią z dużym wyborem alkoholowych napojów i jeszcze większym zestawem kabaretowych ekscesów, był czytelnią czasopism KMPiK. Jest wieczór, za szybą po deptaku przelewa się tłum turystów, a na małej scence za chwilę zacznie się spektakl „Dziesięć obrazów naturalnej wielkości”. Początkowo piosenki miały być tylko ozdobą wernisażu wystawy moich grafik. Zaprosiłem do ich wykonania zaprzyjaźnionych aktorów z trójmiejskich scen, ale gdy rozpoczęliśmy próby, coś wylęgło się w powietrzu, coś nas opętało niepostrzeżenie i wernisaż grafik zamienił się w wernisaż piosenek. Ożyły w nim tak osobliwe postacie jak Maria Kurwa Antonia, prostytutka doskonała, Notoryczny Samobójca czy Helena z Przedmieścia, „kobieta, która pochowała czterech swoich mężów, z czego trzech tak dobrze, że do dzisiaj ich nie odnaleziono”. Premiera rozpoczęła się w przerażającej ciasnocie i zamieszaniu, bo przeświadczeni, że na pewno mało kto przyjdzie, zaprosiliśmy kogo tylko się dało. Przyszli nie tylko wszyscy zaproszeni, ale i wiele innych osób, zaintrygowanych zagadkowym wydarzeniem. Doszło do tego, że jedna z wybitnych postaci trójmiejskiej kultury (która na dodatek nie dostała zaproszenia, co było samo w sobie wielkim nietaktem z naszej strony, ale wynikało to z naszego pierwotnego braku orientacji w artystycznych realiach), teatrolog i teatralny krytyk, nie mogła dostać się na premierę, bo nie chciano jej wpuścić z powodu braku miejsc stojących. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i znalazło się miejsce, za co potem dziękowaliśmy opatrzności. Krytyk znany był z bardzo ostrego pióra.
Spektakl, ku mojemu zdumieniu – bo miał przecież tylko uatrakcyjnić wernisaż wystawy – okazał się wielkim sukcesem teatralnym. Niedługo później został przeniesiony na deski Teatru im. Gombrowicza w Gdyni jako przedstawienie repertuarowe, a piosenki z „Dziesięciu obrazów naturalnej wielkości” nie tylko rozmnożyły się do bodaj szesnastu, ale i zaczęły żyć własnym życiem. Pojawiały się na antenie Gdańskiego Radia, w słynnym w swoim czasie Nie-kabarecie Macieja Nowaka, zdobywały nawet nagrody na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.
„Dziesięć obrazów” jest więc de facto moim artystycznym debiutem – i to za jednym zamachem debiutem literackim, teatralnym i po części związanym ze sztukami plastycznymi. Choć przyznać muszę ze skruchą, że akurat o grafikach po premierze przedstawieniach najmniej myślałem, a przecież od nich wszystko się zaczęło.
Oczywiście piosenki, a zwłaszcza teksty, nie pojawiły się w moim życiu znikąd. Przed sopocką premierą miałem już za sobą udział – i to nie tylko jako autor tekstu, ale jako twórca muzyki i nawet wykonawca – w wielu przeglądach i festiwalach piosenki. Wraz z trójką przyjaciół tworzyliśmy muzyczny zespół, który zdobywał uznanie jurorów m.in. na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie i warszawskim OPPA. Jako autor zostałem wyróżniony na XXV FPS nagrodą Telewizji Kraków za piosenkę „Mali bracia”, a także Grand Prix w kategorii ballady autorskiej na Festiwalu Ballady im. Leonarda Cohena w Krakowie za piosenkę „Ballada o niepatrzeniu”. Jednak wśród nagród i wyróżnień, które zdobyliśmy z zespołem, jest jeszcze jedno, którą sobie niezwykle cenię – osobiste zaproszenie na wódkę od Andrzeja Poniedzielskiego. Miało miejsce tuż po gdańskich eliminacjach do którejś z edycji FPS, w dawnej siedzibie Gdańskiego Klubu Żak. Niestety ani zaproszenie, ani wódka nie zostały skonsumowane, ponieważ w owym czasie nie byliśmy zbyt rozgarnięci w sprawach artystycznych i krótko mówiąc, nie wykonaliśmy dalszych ruchów. Wielka szkoda, ale jeszcze dzisiaj pamiętam, jak bardzo byłem dumny z tego wyróżnienia, bo już wtedy Andrzej Poniedzielski był wybitną postacią.
Wernisaż piosenek uruchomił w moim życiu ciąg artystycznych wydarzeń, który z różną intensywnością trwa do dzisiaj. W kolejnym roku napisałem więc kolejny spektakl „Drzwi numer jeden”, w którym piosenki już były dodatkiem, a nie głównym elementem, jak w „„Dziesięciu obrazach”. Przedstawienie zostało bardzo dobrze przyjęte i ugruntowało moją pozycję specjalisty od pure nonsensu, groteski i czarnego humoru. Kolejne utwory dramatyczne mojego autorstwa pojawiały się na scenie Teatru Wybrzeże („Pokój do wynajęcia”), na scenie Pod Ratuszem krakowskiego Teatru Ludowego („Osobliwe zdarzenia w prosektorium szpitala św. Jerzego”), na scenie nieistniejącego już Teatru Małego w Warszawie (scena Teatru Narodowego), w warszawskiej Starej Prochowni („Pernambuco”) i ostatnio na scenie Teatru Nowego w Krakowie (nowa inscenizacja „Pokoju do wynajęcia”).
Sukcesy tekstów dramatycznych zachęciły mnie do publikacji utworów prozatorskich, mojej chyba największej miłości, wciąż do końca niespełnionej, bo na razie ograniczonej do kilkunastu zaledwie opowiadań. Jest nadzieja, że miłość przetrwa i może nawet zostanie odwzajemniona, bo wszystkie opowiadania zostały opublikowane na łamach różnych wydawnictw literackich, a jedno z nich zdobyło nawet II nagrodę na II Konkursie Literackim UG (opowiadanie przegrało tylko z powieścią, co dodało mi otuchy) oraz III nagrodę w Konkursie Literackim im Marka Hłaski w Wiedniu.
Teksty piosenek były pierwszą formą mojej twórczości artystycznej i choć były lata, gdy przestałem poświęcać im uwagę, zwabiony urokiem dramatu i prozy, na szczęście wybaczyły mi niewierność i wciąż są przy mnie. Najbardziej szalone powstały pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy lubowałem się w tworzeniu mrocznych postaci i mrocznych historii. Oto początek jednej z nich:
Pukam, pukam i cisza,
Chyba nikt mnie nie słyszy,
Wszyscy poszli do domów,
Po prostu lub po kryjomu.
Cicho, chłodno i ciemno,
Mocne wieko nade mną,
Strumyki żwiru szeleszczą,
Pachnie igliwiem i deszczem.
Tekst został napisany dla Mileny Lisieckiej, świetnej aktorki Teatru Nowego w Łodzi i był przeznaczony do wykonania na PPA we Wrocławiu. Milena miała wówczas kontakt z Andrzejem Zaryckim, który pracował nad muzyką do spektaklu w łódzkim teatrze, zagadnęła kompozytora o muzykę do mojego tekstu i tak zaczęła się nasza współpraca, do dzisiaj trwająca. „Współpraca” to ładne i nobilitujące w tym przypadku moją rolę słowo, a w zasadzie chodzi o to, że ów wybitny artysta jest na tyle miły i uprzejmy, że od czasu do czasu napisze muzykę do mojego tekstu i wykorzysta ją gdzieś na krakowskich scenach: w Piwnicy Pod Baranami, w Radio Kraków czy na recitalach krakowskich artystów. Dzisiaj, gdy już znam wrażliwość Andrzeja Zaryckiego, tym bardziej doceniam gest, że zechciał napisać muzykę do tekstu „Cisza”, który jest daleki od łagodnej poezji, zwykle towarzyszącej muzyce mistrza. Ta dość makabryczna historia opisuje moment obudzenia się człowieka w trumnie pod ziemią i jest to oczywiście żartem w konwencji absurdu i czarnego humoru. Piosenka zyskała zresztą wielką aprobatę publiczności dzięki interpretacji Mileny Lisieckiej, a później Grzegorza Gzyla, kolejnego świetnego aktora, związanego notabene zarówno z teatrami Trójmiasta jak i z Teatrem STU, więc mam nadzieję, że kompozytor nie żałuje swojej decyzji. Ja zaś od dawna nie narażam go na podobne rozterki i choć czasami kusi mnie szaleństwo, posyłam do Krakowa teksty, które jak mam nadzieję są bliższe poezji niż wybrykom wyobraźni. Niepostrzeżenie zebrało się ich już sporo, wśród nich pokaźny cykl o miastach, a właściwie o uczuciach czy wrażeniach, które kojarzą mi się z różnymi miejscami świata. Wśród piosenek, powstałych w tej serii jest tekst, który wspominam jako największą dotąd męką twórczą, czyli „Rzym. Okamgnienia”. Zaczyna się w ten sposób:
Postać, oprawiona w krople
srebra, wielokrotnie spada
w dół, na bruk,
by się w przeźroczystych dłoni
strumień nieskończony zmienić
u mych stóp,
przez okamgnienie
drży, wsiąka w ziemię;
ponad Kapitolem rzednie
deszcz i parasolek wokół
coraz mniej,
wchodzi noc jasna od mgieł.
Zdarzało już mi się pisać tekst do muzyki, ale „Rzym” był pierwszym przypadkiem, gdy pisałem słowa do muzyki Andrzeja Zaryckiego, więc chciałem, aby to wyszło dobrze, a takie przemożne chęci na ogół odbierają lekkość pióra. Na dodatek muzyka – tempo, akcenty – jak na moje umiejętności są w tym przypadku bardzo trudne, więc praca nad tekstem przypominała próbę zbudowania algorytmu do ogólnej teorii wszystkiego. Na szczęście kompozytor dał mi dość czasu i udało się słowa napisać. Miałem niedawno okazję wysłuchać wykonania utworu w interpretacji Grzegorza Dowgiałły w ramach cyklu „Zaczarowane Radio Kraków”. Podtrzymuję, że muzyka jest piekielnie trudna, ale wykonawca piekielnie zdolny, więc publiczność była pod wrażeniem. Mam nadzieję, że tekst nie przeszkodził w odbiorze.
Mógłbym jeszcze wspomnieć o rozmaitych artystycznych dokonaniach, związanych z piosenką czy tekstem, bo przez lata nazbierało się ich wiele, o najnowszych projektach, ale lodówka posprzątana, a i cierpliwości czytelnika lepiej nie narażać na zbyt wielką próbę. Może więc przy innej okazji? Moja żona często robi świetne desery.
–––