Skip to main content Scroll Top

Miasto głębokie

12 lipca 1997 roku, nad ranem, rzeka weszła do Wrocławia.

Była to właściwie rzeka bez nazwy lub rzeka o wielu imionach, bo na Śląsku wylała wówczas nie tylko Odra, ale i różne jej dopływy. Połączone ramiona rzecznych wód sięgnęły po miasto i na prawie miesiąc wzięły je w posiadanie, łącznie z okolicznymi przedmieściami i podmiejskimi wsiami. Pod wodą znikały budynki, ogrody, pojazdy, wszystkie rozmaite skarby ludzkie, gromadzone wysiłkiem nieraz i całych pokoleń. Dokonywały się nieodwracalne spustoszenia w ludzkich umysłach.

Oglądaliśmy to wszystko prawie na własne oczy. Rozwój techniki umożliwiał już wtedy dotarcie ekipom reporterskim w każde miejsce powodzi, więc przez ekrany telewizyjnych odbiorników przelewały się ludzkie tragedie, życiowe katastrofy. Patrzyłem poruszony nie tylko ogromem nieszczęść, które zdawały się nie mieć końca. Kilka miesięcy wcześniej byłem we Wrocławiu, chodziłem po ulicach, którymi teraz nieubłaganie płynęła rzeka, więc widziałem to wszystko trochę inaczej.

Nie chodzi o lęk. Owszem, on też pojawił się, gdzieś głęboko ukryty. Przecież gdybym znalazł się w mieście w czasie powodzi, być może i ja stałbym się jednym z tych, którzy wbrew własnej woli połączyli się z rzeką. Przejęty byłem z innego jeszcze powodu. Przyjechałem wówczas te kilkadziesiąt dni przed powodzią do Wrocławia jako autor tekstu jednej z piosenek, która została zakwalifikowana do Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Dzięki wykonaniu Eli Mrozińskiej, znakomitej aktorki teatru im. Witolda Gombrowicza w Gdyni, piosenka ta zaistniała w historii festiwalu, Ela zdobyła wyróżnienie, a mój tekst pojawił się w finale.

Oczywiście to nie mój tekst został nagrodzony, a sztuka jego interpretacji. Podejrzewam nawet, że Ela Mrozińska, niezrównana w sztuce dramatycznej, mogłaby zaśpiewać cokolwiek, choćby i przepis na kruche ptaszki w cieście, aby zyskać takie same, jeśli nie większe, uznanie jurorów. Ale wybrała mój tekst, co już samo w sobie było dla autora wyróżnieniem. Co więcej, przegląd piosenki aktorskiej, zwłaszcza w tamtych latach, był wysoko cenionym wydarzeniem artystycznym, a udział w nim nierzadko stanowił początek wielu wybitnych karier artystycznych. Siedziałem więc wśród czerwonych od miękkiego pluszu rzędach krzeseł koncertowej sali Impartu, z identyfikatorem uczestnika festiwalu na szyi, który potwierdzał, że oto zostałem namaszczony na wyznawcę aktorskiej piosenki.

Piosenka aktorska była naturalnie od dawna obecna w moim życiu. Ująć jej istotę w jakąś konkretną formułę jest niezwykle trudno, ale rozpoznać dawała się zawsze, nawet jeśli wykonywana była przez artystów nie będących aktorami sensu stricto. W programach Kabaretu Starszych Panów, Kabaretu Dudek, spektaklach czy filmach muzycznych piosenki śpiewali wybitni artyści aktorskiej sztuki. Ale mimo, że nie nazwalibyśmy aktorką Ewę Demarczyk czy Annę Szałapak, a aktorem – Marka Grechutę lub Grzegorza Turnau, to przecież każda piosenka w wykonaniu i tego rodzaju artystów to więcej, znacznie więcej niż muzyka i słowa – to prawdziwy spektakl, który spektaklem być nie przestaje nawet wtedy, gdy pozostawić go w postaci tylko dźwiękowej. Édith Piaf, Jacques Brel (co prawda zasmakował w karierze dramatycznej w dojrzałych latach, ale to dzięki piosence, a nie odwrotnie), Leonard Cohen – wielu można by jeszcze wymienić śpiewających artystów, którzy nie byli zawodowymi aktorami, a których występy obfitowały w utwory nie tylko pełne emocji muzycznych czy literackich. Były małymi arcydziełami, w których niepoślednią rolę odgrywał obraz i fabuła. Dzięki nim poznawaliśmy niezwykłe zdarzenia, śmieszne lub smutne historie, na kilka krótkich minut wyjęte z innego świata, abyśmy mogli się nimi nasycić, a które potem nieraz zostawały z nami na zawsze.

Była więc piosenka aktorska często obecna w moim życiu, i to obecna w różnych odmianach, wykonaniach, może nawet i podgatunkach, gdyby chcieć dokładniej rozróżnić wykonawcę o typowo dramatycznych umiejętnościach od tych związanych z kabaretem czy estradą. Co więcej, była to obecność powszednia, nieodświętna, bo szczęśliwie urodziłem się w czasie, gdy takie piosenki stawały się przebojami. Wielu wtedy podśpiewywało zwrotki ulubionych utworów, nie wiedząc nawet, że oto bezwiednie cytują Leśmiana, Tuwima, Baczyńskiego, a nawet Witkacego, gdy ubarwiają towarzyskie spotkanie wesołym „Hop, hop, hop szklankę piwa”. Swoją drogą ów autor estetycznej teorii Czystej Formy i mistrz ekscentrycznych wybryków chyba miałby wielką uciechę, słysząc swoje słowa ze sceny opolskiego amfiteatru, gdy Marek Grechuta śpiewał piosenkę z „Szalonej lokomotywy”, zdobywając Grand Prix Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki. A warto zauważyć, że choć refren laureatki wspomina swojsko o szklance napoju, bliskiego sercom przeciętnych Polaków, to w treści pojawia się „szereg alefów”, który „w nieskończoność pełznie”, wiją się „soczyste larwy”, kłębią tytani, rogate widma i szereg innych osobliwości. Dodatkowe Grand Prix należałoby się temu, kto by potrafił w prosty sposób wyjaśnić o co w tej piosence chodzi, a mimo to wygrała. Ale dziwić się trudno – gdy swoje siły połączą tacy mistrzowie jak Witkacy, Grechuta i Kanty-Pawluśkiewicz, nie oprze się im nawet kultura masowa.

Co innego jednak być słuchaczem, odbiorcą aktorskiej piosenki, a co innego stanąć po drugiej stronie kurtyny, choćby tylko w niewielkiej roli autora tekstu. Tego rodzaju inicjację miałem już co prawda za sobą – rok wcześniej powstał spektakl teatralny wg mojego scenariusza, zbudowany z piosenek, realizowany przez trójmiejskich artystów. Doświadczyłem już pierwszych fascynacji i zadziwień, płynących z obserwacji aktora, pracującego nad piosenką. Wcześniej przekonany byłem, że piosenka to muzyka i głos, kompozycja wzbogacona ciekawym tekstem i okraszona aranżacją. Lecz oto zacząłem dostrzegać, że w piosence aktorskiej nie to jest najważniejsze. Ba, podłej jakości składniki wystarczą w zupełności: byle jakie słowa, jeden dźwięk, nawet słuch muzyczny i poczucie rytmu mogą się okazać zbędnym dodatkiem. W rękach (ustach? ciele? umyśle?) dobrego aktora te marne ingrediencje zamienią się w potrawę dla ducha niezwykłą, podobnie jak w rękach paryskiego chefa prowincjonalne kurze jajko i miałki w swojej istocie cukier w magiczny sposób zmieniają się w znakomity crème brûlée. Nawiasem mówiąc, może dlatego właśnie we francuskiej wersji słowa arcydzieło, czyli chef-d’œuvre, pojawia się nasz znajomy chef. W miarę pracy nad spektaklem odkrywałem coraz więcej tajemnic aktorskiej piosenki. Ot choćby to, że nie istnieją granice artystycznej inwencji podczas pracy nad utworem, gdy jeden z wykonawców zaproponował, aby wpleść mu we włosy żywe dżdżownice (sic!). Uważał, że będzie to doskonały zabieg dla wzmocnienia efektu, gdyż chodziło o interpretację piosenki Wariatki. Już nawet zaczął chciwie wypatrywać przez okno czy w pobliżu nie znajdzie się jakaś żyzna gleba i wyperswadować mu ten pomysł pomógł dopiero argument, że z dalszych rzędów dżdżownice nie będą zbyt widoczne.

Gdy jednak znalazłem się we Wrocławiu i zanurzyłem w festiwalową atmosferę, poczułem inne drgania. Tu było coś więcej – do sfery artystycznych poszukiwań dodane zostało napięcie rywalizacji uczestników przeglądu, elektryzowała ranga wydarzenia. Po wszystkich kątach Impartu, instytucji będącej organizatorem Przeglądu, włóczyły się dorodne stada znakomitych i znanych aktorów, przechadzali się kompozytorzy i muzycy, autorzy tekstów szeleścili kartkami. Unosząca się w powietrzu skoncentrowana energia twórcza dodatkowo stymulowała wykonawców, biorących udział w konkursie i wyzwalała w nich nowe pokłady artystycznej odwagi. Dowodem tego niech będzie fakt, że Ela Mrozińska wyszła na scenę spowita w sznur choinkowych lampek elektrycznych, które w odpowiednim momencie piosenki zostały włączone. Z całą mocą podkreślić należy, że były to czasy lampek o napięciu 220 V (zamaskowany kabelek łączył aktorkę z gniazdkiem elektrycznym w kulisie). Nie było jeszcze wtedy mdłych lampek na baterię, grało się pełną gębą, na wysokim woltażu. Stanisławski byłby zadowolony, bo trudno chyba o większy realizm niż namacalna możliwość porażenia soczystym prądem o wysokim napięciu. Ale gdyby zapytać wówczas Elę przed wyjściem na scenę, czy obawia się czegoś, to z pewnością odpowiedziałaby, że boi się, aby sceniczny strażak nie zauważył kabelka, bo wtedy nie pozwoli. Co mogę potwierdzić własną osobą, gdyż stałem obok i pomagałem.

Był to więc czas dla mnie niezwykły, jakbym wszedł o jeden stopień wyżej na drodze swojej artystycznej twórczości. Radość z wyróżnienia Eli w konkursie, rozmowy w Impartowym bufecie, gdzie mogłem poznać wielu początkujących wtedy, a dziś uznanych aktorów, anegdoty o teatralnych mistrzach (świetne parodie Holoubka w wykonaniu jego uczniów), znakomite alkohole i rozmowy o sztuce, o piosenkach a przede wszystkim – ich wielka obfitość w konkursowym wykonaniu aktorów. Konkursowe wykonania piosenek aktorskich oznaczało w tym przypadku ich niezwykłą różnorodność, nowe odczytania sensów znanych już wcześniej tekstów czy interpretacje, nierzadko wprawiające odbiorców w osłupienie. Został mi w pamięci występ Agnieszki Wosińskiej, która w czasie swojego występu wykonywała szalony układ choreograficzny z pomocą inwalidzkich kul. I choć nie każda propozycja interpretacji mogła się podobać, nie każda muzyka wpadała w ucho i nie każdy tekst trafiał do serca, z pewnością wszystkie wykonania dawały do myślenia, pobudzały kreatywność, podsuwając nowe artystyczne pomysły. Wracałem do domu przesiąknięty tą niezwykłą atmosferą twórczą, nie mogąc się doczekać pracy nad nowymi utworami.

I oto kilkanaście tygodni później do Wrocławia wchodzi rzeka, której nie obchodzą piosenki. Zabiera beznamiętnie wszystko na swojej drodze: ludzi, przedmioty, drzewa, nawet całe budynki. Być może wśród jej trofeów znalazły się też zapisy nutowe nowych piosenek, niedokończone teksty. To zderzenie dwóch potężnych sił: siły sztuki i siły przyrody niezwykle mną wstrząsnęło, ponieważ zrozumiałem, że ta pierwsza nie ma w tym starciu najmniejszych szans. Kogo będą obchodzić piosenki, nawet najpiękniejsze, aktorskie nawet, gdy jego rodzina zostanie bez dachu nad głową? Może zamiast wplatać sobie dżdżownice we włosy i wywijać kulami na scenie lepiej zacząć sypać solidne wały i w ogóle zająć się życiem. Tym wszystkim co jest, zamiast tym, czego nie ma. Rzeka zabrała z sobą wiele sensów.

Ale następnego roku znowu pojechałem do Wrocławia. Z nową piosenką, która dzięki wykonaniu Olgi Barbary Długońskiej również została wyróżniona i do tego świetnie przyjęta przez publiczność. W przerwach między występami wykonawców, zaprzyjaźnieni organizatorzy Przeglądu z przejęciem opowiadali nam o niedawnych wydarzeniach. Opisywali tragiczne losy członków swoich rodzin i znajomych, pokazywali doskonale widoczne jeszcze na ścianach ślady, obrazujące jak wysoki był wówczas poziom wody w mieście, a ja zrozumiałem wtedy, że owszem – siła sztuki nie może równać się z siłą przyrody, ale niekoniecznie nie jest jej równa. Bo nikt nawet nie brał pod uwagę, że Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu mógłby zostać odwołany czy choćby przeniesiony, a przecież odbył się w marcu, czyli zaledwie kilka miesięcy po odejściu rzeki, gdy miasto jeszcze lizało głębokie rany. Ucierpiały mocno także i te miejsca, gdzie odbywały się konkursowe przesłuchania i koncerty towarzyszące, ucierpiały hotele, biura organizatorów, a mimo to wszystko odbyło się jak zawsze. Jak zawsze, czyli wspaniale, twórczo, urzekająco. Ale nie było wspanialej, bardziej twórczo ani bardziej urzekająco niż wcześniej, lecz jak zawsze, jak gdyby nie było rzeki, powodzi, tragedii. Rzeka odeszła pokonana. Nie udało się jej unieważnić piosenki.

Gdy niespełna dwa lata później zbliżał się czas jubileuszowego dwudziestego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, jeden z ubiegłorocznych laureatów, zaproszony do specjalnego koncertu z tej okazji, poprosił mnie o napisanie tekstu. Natychmiast powróciły do mnie wspomnienia i nie wyobrażałem sobie, abym mógł napisać coś innego, niż poniższe słowa:

Miasto głębokie

Rzeka nadeszła z tamtej strony,
Weszła w ulice od niechcenia,
Widziałem przez otwarte okno,
Jak miasto wolno się odmienia.

Najpierw skrzypnęły drzwi na oścież,
Potem się rozchyliły bramy
I ruszył ciężko w dół ulicy
Tłum kamieniczek zapłakanych;

Półwyspy posiwiałych dachów
W archipelagi się łamały,
A rzeka roznosiła wokół
I delikatnie układała:

Weneckie lustro na chodniku,
Błękitną mysz na ławce w parku,
Czarny garnitur z kamizelką,
Naręcza płaszczy i zegarków;

Ławice krzeseł wypływały
Dostojnie poprzez ramy okien,
W podwórek lazurowe studnie,
W zaułki chłodne i głębokie.

Kiedy podniosłem w górę oczy,
By dostrzec niebo poprzez wodę,
Dojrzałem zimny pobłysk łuski,
Ale po chwili zgasł za rogiem.

Rzeka nadeszła z tamtej strony,
Odeszła nie wiadomo dokąd,
Ja tu mieszkałem, niedaleko,
Lecz stąd nie widać, za głęboko.

Dzisiaj nawet Powódź Tysiąclecia, jak nazwano później wydarzenia wrocławskie z lipca 1997 roku, mogłaby na wielu z nas nie zrobić wielkiego wrażenia. Na Youtubie można obejrzeć całą gamę podobnych czy nawet większych katastrof, wypadków i nieszczęść. Można je wręcz wybierać jak w jakimś menu obłąkanego demiurga, co sprawia, że obojętniejemy lub może raczej robimy się odporni na tego rodzaju obrazy, w naturalnym samozachowawczym odruchu. We mnie jednak pozostał głęboki ślad rzeki, która przeszła przez Wrocław, a tekst piosenki jest nie tylko zapisem tamtych emocji, ale i wyrazem współodczuwania z ludźmi, którzy musieli przez tę rzekę przejść.

Piosenka do wspomnianego tekstu jednak nie powstała, więc i nie została wykonana podczas jubileuszowego Przeglądu. Nawet nie wiem z jakiego powodu – może paradoksalnie tekst jest za mało aktorski i wykonawca nie znalazł w nim zadatków na dobrą interpretację. Nikt nie usłyszał, co miałem wtedy do powiedzenia. Jeśli więc jesteś z Wrocławia to wiedz, że w tamtych dniach stałem obok.

–––