Skip to main content Scroll Top

Piosenka masowa, czyli korespondencja własna z Berlina

Nieodgadnione koleje losu sprawiły, że oto zmierzam koleją podmiejską do berlińskiego Westendu. Jest koniec czerwca, środek tygodnia, niezwykle gorące popołudnie. Wagony wypełnione ludźmi po brzegi, więc choć jadę zaledwie kilkanaście przystanków (to krótka przejażdżka jak na berlińskie standardy odległości), dyskretnie oblewam się potem i równie niepostrzeżenie przyglądam się współpasażerom.

Naszym celem jest amfiteatr Waldbühne, co z grubsza przetłumaczyć można na „scenę leśną”, ale w czasach, gdy powstawał, nazywał się inaczej. Zbudowany został w latach trzydziestych ubiegłego wieku i nosił wtedy nazwę Dietrich-Eckart-Bühne, zapewne od nazwiska jednego z głównych w owym momencie historii przywódców nazistowskiej NSDAP. Gdyby dodać, że wśród dzieł architekta Wernera Marcha, autora projektu tego obiektu, znajduje się też podberlińska rezydencja Hermanna Göringa, nasunąć się może niepokojąca myśl, że koleją podmiejską podążamy wszyscy na jakiś tajny zlot wielbicieli III Rzeszy. Ale to fałszywy trop, bo choć wielu z obecnych w pociągu ubranych jest na czarno, jednak to czerń zupełnie inna od koloru sukna, z którego Hugo Boss szył eleganckie mundury. To ulubiona czerń Nicka Cave.

Koncert tego australijskiego muzyka, poety i pisarza miał się odbyć w Berlinie już w zeszłym roku, w zupełnie innym zresztą miejscu, bo w nowoczesnej (w porównaniu z Waldbühne) Mercedes-Benz Arena. Ale nadeszły ciemne dni pandemii i wszystko zamarło, zamilkły muzy. Trudno się więc dziwić, że teraz, gdy w końcu minął długi, niepewny czas, w tłumie współpasażerów daje się wyczuć jakieś radosne wyczekiwanie, które szybko i mnie się udziela – wszak nie tylko żyjemy jeszcze, ale na dodatek jedziemy zażyć niecodziennych wrażeń. Gdy tylko pociąg dociera do właściwej stacji, tłum wylewa się niecierpliwie i rusza żwawo w stronę leśnego amfiteatru. Ruszam i ja, a nogi muszę mocno wyciągać, aby nie zostać z tyłu. Przecież nawet berlińczyk, na co dzień syty wszelkich artystycznych wrażeń, które podsuwa mu pod sam nos niezliczona ilość miejscowych teatrów, galerii i sal koncertowych, zgłodnieje w końcu po covidowym poście. Idziemy więc szybkim krokiem na spotkanie z Nickiem Cave, bo każdy chce zająć dobre miejsce na widowni.

Nie jestem jakimś szczególnym wielbicielem tego artysty. Znałem go dotąd głównie z piosenki Where the wild roses grow oraz ogólnie z rozgłosu wokół płyty Murder Ballads. Tytuł płyty zresztą od razu przypadł mi do gustu i zapadł w pamięć, może przez to, że zawsze miałem słabość do średniowiecza. A był to przecież czas, gdy kwitły pierwsze ballady morderców i tworzył François Villon, który tak samo wprawnie posługiwał się piórem jak i nożem. Może to wszystko sprawiło, że podświadomie zaklasyfikowałem Nicka Cave’a do kategorii takich współczesnych mu twórców jak Tom Waits czy Leonad Cohen, czyli poetów piosenki niepospolitej, często z balladowym, a zawsze z literackim tekstem i nieco mrocznym klimatem. Wpływ na to być może miała też rola Cave’a w znakomitym filmie Wima Wendersa Niebo nad Berlinem. Sam Cave wspomina czas, gdy latach osiemdziesiątych przez kilka lat mieszkał w Berlinie jako jeden z trudniejszych okresów w swoim życiu. Żył wtedy pewnie podobnie jak Villon, choć na szczęście nie skończył tak samo. Tak czy inaczej, gdy nadarzyła się okazja, natychmiast z niej skorzystałem, aby osobiście obejrzeć Nicka Cave’a na scenie i doznać przy tym nowych, antypodycznych wręcz wrażeń, płynących z obcowania z piosenką.

Sam wyrosłem raczej z innego jej pnia, żeby użyć takiej biologiczno-genealogicznej metafory i bliska mi jest piosenka na pewno ambitna i artystyczna, ale w rozsądnym wymiarze niewielkiej sceny, estrady, czy nawet literackiej kawiarni. Setka czy dwie osób na widowni to już sporo jak na moje oczekiwania, światła zazwyczaj niewiele, muzycy w półcieniu, jakiś kontrabas, fortepian, skrzypce, gitara. Ekspresja umiarkowana, a jeśli potrzeba jej więcej, to tylko w głosie lub aranżacji – gest pozostaje oszczędny, ruchu mało, o ile w ogóle jest potrzebny. Okładka jednej z ostatnich płyt Nicka Cave’a, Idiot Prayer, przedstawia artystę siedzącego przy fortepianie w opustoszałym budynku Alexandra Palace, niegdysiejszego centrum sztuki i rozrywki północnego Londynu. I taka jest też muzyka na płycie – oszczędna, umiarkowana, tylko fortepian i głos. Odruchowo zestawiam więc Nicka Cave’a z naszym krajowym Grzegorzem Turnauem: wszak też śpiewający przy fortepianie, też kompozytor, też zazwyczaj na czarno i też na wysokościach, zarówno pod względem wzrostu jak i literackiego poziomu tekstu.

Wiem, o czym śpiewa Grzegorz Turnau, w przybliżeniu oczywiście, bo zapewne nie tylko o Krakowie i okolicach, ale o czym śpiewa Nick Cave? Raczej nie o Sydney, ani nawet o żadnym innym australijskim mieście. Śpiewa głównie o miłości, za to tło opisywanych perypetii miłosnych bywa bardzo różne. Tekst Where the wild roses grow to historia morderstwa niewinnej dziewczyny, popełnionego jak się zdaje w imię miłości, choć strach pomyśleć co to za miłość była. Till The End Of The World przedstawia wspomnienia zamachowca, który wysadza w powietrze całe piętro hotelu, na szczęście raczej nie z miłości, choć pewna czarnooka z długimi lokami miała swój udział w zdarzeniu. W piosence Hand of God poznajemy samobójcę, szukającego śmierci w rzece, albo przynajmniej kogoś, kto chce popływać w nurcie tak rwącym, aby już z niego nie wypłynąć. Nie ma tu co prawda mowy wprost ani o miłości, ani o kobiecie, ale czy może być inny powód, by chcieć się utopić? Przecież nawet kredytobiorca z długiem w szwajcarskich frankach może mieć nadzieję, w przeciwieństwie do ofiary źle ulokowanej miłości. W utworze Carnage, pochodzącej z najnowszej płyty Cave’a o takim samym tytule, tłumaczącego się zresztą nie mniej ni więcej jak „rzeź”, przywołane są urocze skądinąd wspomnienia z dzieciństwa na wsi, aczkolwiek z jednym zastanawiającym momentem: „wujek nad pieńkiem drzewa zmienia kurczaki w fontanny”. Do tego w tle miłość na spory dystans i czytanie powieści Flannery O’Connor… Przejrzawszy w ten sposób kilka wybranych losowo tekstów z repertuaru Nicka Cave stwierdzam, że posługuje się on „liryką i tkliwą dynamiką” zupełnie innego rodzaju niż ta, którą usłyszeć można na koncertach Grzegorza Turnaua. Postanawiam więc, że Cave to taki Turnau, ale z dużą domieszką Waitsa, sporym dodatkiem czystego burbona zamiast piwnicznej wódeczki oraz z soczystą dozą szaleństwa. Tak wewnętrznie uspokojony, bo teraz mniej więcej wiem czego się spodziewać po koncercie, podwajam wysiłki, aby nadążyć za tłumem.

Zwłaszcza to ostatnie przeczucie o szaleństwie mnie nie omyli, ale przekonam się o tym dopiero za jakieś dwie godziny. Tymczasem docieram do celu i wchodzę na teren „opery leśnej”, bowiem tak sobie mój umysł po raz kolejny uprościł przystosowanie do nowej sytuacji, zawczasu porównując nieznane miejsce do sopockiego amfiteatru. Owszem, jest amfiteatr, jest las i śpiewać wkrótce też będą, ale jakże inne jest wszystko od moich oczekiwań. Oto znajduję się w gigantycznej (wiadomo, Berlin!) niecce z widownią na dwadzieścia dwa tysiące widzów; wydaje się, że na tle ogromnego obiektu jest ich niewielu, więc pocieszam się, że wybrano ten przerażający wielkością amfiteatr, aby publiczność nie mogła go zbyt obficie zapełnić. Zachowane zostaną bezpieczne odległości między poszczególnymi wielbicielami Nicka Cave, przez co będą mieli oni większe szanse doczekać kolejnego koncertu swojego idola we wciąż pandemicznych czasach.

Oto więc ja, wielbiciel Marka Grechuty, Piwnicy Pod Baranami, lirycznych tekstów Jonasza Kofty czy kameralnych występów zespołu Raz Dwa Trzy, stoję kilkanaście metrów od wielkiej sceny, w pełnym słońcu, a za mną, przede mną, obok mnie wciąż przybywa i przybywa ludzi. Do rozpoczęcia jeszcze tyle godzin, że można by obejrzeć ze dwa inne koncerty w międzyczasie. Oczywiście główną przyczyną tego wszystkiego jest nie tylko moja ciekawość nieznanego mi bliżej artysty piosenki, ale również, a może przede wszystkim, kobieta i miłość. Oczywiście, jak to u Nicka.

Kobieta to moja rodzona siostra, a miłość – to jej miłość (w artystycznym sensie, rzecz jasna) do Cave’a. To z jej powodu, zamiast przyjść statecznie pół godziny przed koncertem i usiąść wygodnie gdzieś hen, wysoko, na jednej z ławek, spędziłem łącznie ze cztery godziny w gęstym i ruchliwym tłumie wyznawców autora Ballad morderców. A zaznaczyć trzeba, że wspomniana siostra to zawodowy scenograf z wielkim doświadczeniem i dorobkiem artystycznym w niemieckich produkcjach filmowych, telewizyjnych, teatralnych i nawet operowych, a do tego wykształcona w niemieckim systemie edukacyjnym. A więc zdawałoby się, że artystka opanowana, osoba uporządkowana, człowiek racjonalny. Ale gdzie tam, widać słowiańska dusza w niej zagrała, bo gdy tylko energia Nicka Cave zaczęła wylewać się ze sceny, siostra moja rodzona zaczęła skakać, krzyczeć i piszczeć, a na domiar wszystkiego zaczęła mnie strofować, dlaczego i ja nie skaczę i nie krzyczę. Piszczeć już mi darowała.

Jest to najmłodsza z moich dwóch sióstr i do tego dużo młodsza ode mnie, niech więc młodość i jej niespożyta energia będzie tu wyjaśnieniem. Dla mnie było to nieco męczące doświadczenie w sensie fizycznym. Wróciłem naturalnie o własnych siłach po koncercie (z niewielkim wspomaganiem w postaci dwóch dużych piw dla regeneracji sił), ale chyba znalazłem się już w kategorii tych odbiorców sztuki, którzy bardziej cenią sobie elegancką salę koncertową z wygodnymi krzesłami i doskonałą akustyką niż najlepszy nawet leśny amfiteatr. W sensie artystycznym berliński koncert Nicka Cave to temat na osobną wypowiedź i jeśli zdarzy się okazja, wrócę do niego, bo byłoby o czym pisać. Ciekawsze wydaje mi się same zjawisko „masowej piosenki”, żeby tak rzecz ująć oraz barwny obraz jej odbiorców. Bo była to naprawdę masowa piosenka. Masowa w sensie ilościowym, gdyż na oko biorąc owe dwadzieścia dwa tysiące miejsc, którymi dysponuje Waldbühne, zostało zapełnione co do jednego. Patrząc na najwyższe rzędy widowni, gdzie ludzkie głowy miały wielkość ziarnka maku oraz na boki, gdzie tłum rozlewał się szeroko jak fala jakiegoś monstrualnego tsunami miałem wrażenie, że owych tysięcy jest nie dwadzieścia, a kilka razy więcej. Ale była to piosenka masowa także w sensie różnorodności subkulturowej, co chyba najbardziej mnie zafascynowało.

Gdy bowiem tuż obok moja siostra piszczy, skacze i krzyczy, w kolejności dowolnej, podobnie zresztą jak robi to kilkadziesiąt tysięcy innych osób, ja chłodnym mimo upału okiem badacza przyglądam się ludziom. Stoimy ramię w ramię, więc zaraz bez trudu rozpoznaję wyznawców heavy metalu, a może podobnych odmian tego rodzaju muzyki, bo choć w młodzieńczych latach namiętnie słuchałem Black Sabbath, dziś nie odróżnię trash od death metalu, a indie rocka od grunge. No, może z tym ostatnim przesadziłem ‒ rozpoznałbym po nirwanie. Ale na pewno byli to metalowcy, na co jednoznacznie wskazywały ich kurtki, ciężkie od stalowych ćwieków. Nick Cave śpiewa liryczną balladę przy akompaniamencie samego fortepianu, a oni śpiewają razem z nim i widzę po ustach, że znają doskonale każde słowo. Nie ma tam mowy ani o nabijaniu na pal, ani o apokalipsie, to po prostu piosenka o miłości i nawet bez żadnych wstrząsających dodatków. Tekst nie jest wcale prosty, bo gęsty od poetyckich metafor, ale to metalowcom nie przeszkadza. Z drugiej strony stoją punkowcy, czy może raczej post-punkowcy, bowiem jak wielu sądzi „punk is dead”. Ci akurat są żywi, bo tańczą. Nick właśnie śpiewa spokojną taneczną piosenkę, a oni tańczą delikatnie, nie potrącają nikogo, a zamiast nienawiści do systemu na twarzach mają uśmiechy. Punkowców łatwo poznać po włosach, ale dalej zauważam intelektualistów, których coraz trudniej zidentyfikować, tak wielu się pod nich podszywa. W każdym bądź razie ci mają marynarki i koszule z kołnierzykami, a gdy Nick szaleje na scenie i rzuca wulgarne okrzyki, intelektualiści nie obrażają się, nie odwracają z niesmakiem, zamiast tego odkrzykują jeszcze mocniej, ale ze śmiechem i skaczą w górę, aż im podrygują okulary na wąskich nosach. Tuż obok mnie stoją objęte dwie kobiety i lekko przytulają się, gdy Nick znowu śpiewa o miłości, a gdy kolejna piosenka podkręca tempo, tańczą jak szalone. Gdy przelotnie całują się w usta, pozbywam się złudzeń, że to matka i córka, bo taka jest między nimi różnica wieku. Ale to córka mniej więcej trzydziestoletnia, więc bez obaw. Tymczasem z boku przez tłum przeciska się trans, ostrożnie niosąc wielkie szklanki, po brzegi pełne piwa. Jakiej jest teraz płci tego nie wiem, ale na pewno innej niż był na początku. Metalowcy, punkowcy, intelektualiści i wszyscy inni rozstępują się troskliwie, aby ułatwić mu przejście i trans bezpiecznie dociera do grupy przyjaciół, samych zresztą straightów, czyli takich, co to chłopak z dziewczyną czy może na odwrót, ale na pewno tradycyjnie, po staremu. Ci odbierają szklanki od przybyłego i z wdzięcznością robią mu miejsce pośrodku swojej grupy, aby lepiej widział. Poklepują się po plecach, tańczą, śpiewają. Ludzie różnego wyznania i niewiary, orientacji i dezorientacji, barwni i szarzy, artyści i przeciętniacy, biznesmeni i robociarze, wszyscy krzyczą straszliwie, gdy Nick chce skończyć koncert i chcą bisu za bisem.

Nie był to ani koncert ani muzyka, którą lubię najbardziej. Nie było specyficznego nastroju, który mi najbardziej odpowiada, nastroju rodem z teatralnej lub kabaretowej (w dawnym rozumieniu tego słowa) sceny, wysmakowanej ale oszczędnej muzyki, lirycznych, zabawnych czy groteskowych tekstów. Było w pełnym słońcu, głośno, była masa – masa ludzi, muzyki, mocnych wrażeń. Była masa i było miasto w tle, ogromne miasto i może tylko zabrakło maszyny, gdyby nawiązać bez zbytniej powagi do głównych trzech składowych awangardowego w swoim czasie manifestu Tadeusza Peipera. Po namyśle stwierdzam, że była i maszyna: główna postać zdarzenia, Nick Cave. Artysta w takim momencie życia, skąd bliżej już do siedemdziesiątki niż z powrotem, a przy tym niezmiernie ciężko doświadczony tragediami w życiu prywatnym, a wciąż dysponujący dobrą i tak ogromną energią, niby ludzka maszyna, która potrafi poruszyć każdego. Maszyna szalona, z szaleństwem w oku i w głosie, robiąca rzeczy szalone na scenie i wśród publiczności, co zgromadzone masy przyjmowały z zachwytem, wzmacniając otrzymane szaleństwo swoim własnym zwielokrotnionym. Ja co prawda koniec końców nie podskoczyłem ani razu, ale szalałem na swój introwertyczny sposób, a brawa biłem szczerze, od ucha do ucha, „klaskaniem mając obrzękłe prawice” albo milczałem, urzeczony chwilą, w której objawił się jeszcze jeden aspekt tej masowej piosenki, gdy wielotysięczny tłum raz po raz śpiewał jednym wielogłosem razem z Nickiem.

Sam nie mam zbyt wielu doświadczeń z piosenką masową, czyli taką, gdzie ilość osób na widowni liczyć trzeba w setkach, a nawet w tysiącach. Koncertów na dużą skalę widziałem dotąd osobiście ze dwa lub trzy, ale miałem też okazję być kilka razy po drugiej stronie ‒ na scenie, jako wykonawca. Z tych sporadycznych wypadków w pamięci utkwił mi zwłaszcza jeden: był to koncert finałowy jednego z Festiwali Studenckiej Piosenki w Krakowie. I nie chodzi wcale o to, że zapamiętałem go z uwagi na skalę wydarzenia. W czasie prób przed koncertem któryś z prowadzących, osoba wówczas znana w festiwalowych kręgach, ale której nazwiska dzisiaj nie jestem do końca pewny, więc go nie przytoczę, zdenerwowała się nieporadnością początkujących artystów. „Skupcie się – krzyknęła osoba – bo to dla większości z was będzie jedyna okazja w życiu, aby wystąpić przed tak wielką publicznością!” Oburzyłem się na te słowa, a i w tyle za sobą usłyszałem pomruk innych laureatów, gdzieniegdzie nawet okraszony mocniejszym słowem. Jednak osoba, choć niewielkiej delikatności w wymowie, miała rację – dla mnie była to może nie jedyna, ale na pewno jedna z niewielu takich okazji. Mało zresztą pamiętam sam koncert: coś śpiewałem, jakieś światła świeciły, jacyś ludzie na pewno tam siedzieli i to w dużych ilościach, ale na szczęście nie widziałem dokładnie, potem zszedłem i udało mi się trafić do wyjścia, a może ktoś mnie wyprowadził, nie umiem powiedzieć. Jeśli tak było, to pozostaje się cieszyć z tego, że nie wyprowadzali mnie ludzie w białych fartuchach.

Bo do piosenki masowej trzeba mieć zdrowie, nie tylko fizyczne jak żelazny Nick Cave, ale i psychiczne, jak szalony Nick Cave, a także każde inne, nie wspominając nawet o szczególnym darze umiejętności łączenia różnych upodobań i charakterów słuchaczy. Zastanawiam się czy wśród naszych krajowych artystów znalazłby się dzisiaj taki, na którego koncercie znalazłby się metalowiec, żywy przedstawiciel punku, intelektualista, pracownik umysłowy i fizyczny, cały wachlarz wyznawców różnych bogów, płci, namiętności, a wszyscy bawiliby się zgodnie, wzruszali do tych samych łez, jednocześnie śpiewali ten sam bogaty w znaczenia tekst. Kiedyś z pewnością byłby to Marek Grechuta, bo potrafił poruszyć nawet serca klubowych kibiców, ale dzisiaj? Łatwiej byłoby pewnie znaleźć wykonawców, których wszyscy zgodnie nie cierpią. Nietrudno też byłoby wskazać twórców, którzy gromadzą wokół siebie wielbicieli przez swoisty rodzaj ekspresji. Ich muzyka, a zwłaszcza tekst, staje się tylko koniecznym dodatkiem, przez co łatwiej odróżnić jednego piosenkarza od drugiego po wyglądzie i zachowaniu na scenie, po piosence już trudniej. Nawet płeć przestaje być jednoznaczną wskazówką.

Tymczasem mija jeden i drugi miesiąc. Maluję właśnie ogrodzenie przed domem, bo już stanowczo się tego domaga, i to z odległości kilku metrów. Znowu jest gorąco, więc wspominam moje berlińskie spotkanie z piosenką. Było odmienne i trochę zaskakujące, ale może to po prostu ja zostałem nieco z tyłu, jeszcze w cieniu ubiegłych lat, nie zauważając, że świat i ludzie są w innym miejscu. Z zadowoleniem jednak stwierdzam, że choć przybyło płci i światopoglądów, to jednak ludzie wzruszają się tak samo, przeżywają równie głęboko wymyślone bądź odtworzone w piosenkach historie i mimo odmienności potrafią gromadzić się razem, by posłuchać ulubionych artystów. Przed moim domem przechodzą rozmaite osoby, każda inna, osobna. Zerkam na nie z sympatią znad coraz bardziej piękniejącego pod moją ręką ogrodzenia i próbuję zgadnąć co która z nich skrywa w środku. Oto idzie pani, która z wieku i twarzy wygląda na wielbicielkę Agnieszki Osieckiej. Myślę, że polubiłaby też Katarzynę Nosowską, ale nie zdziwiłbym się, gdyby miała już w swojej kolekcji kilka płyt Hey. Dalej pan w marynarce. Może dobrze wspomina Młynarskiego, ale równie dobrze może uwielbiać Kazika. Młodzi na miejskich rowerach, ciekawe czy znają Kwiat jabłoni. Nadjeżdża kilku chłopców na hulajnogach i nawet nie są to hulajnogi elektryczne. Chłopcy mają około dziesięciu lat, nie więcej – rumiane dziecięce twarze, uśmiechy, krótkie spodenki. Czego lubią słuchać tacy młodzi ludzie, a zwłaszcza czego będą oczekiwać od piosenki w przyszłości? Jeden został nieco z tyłu, ale już dogania pozostałych. ‒ Ku…wa! – krzyczy radośnie z daleka – Znowu się wyje…łem! Po chwili wszyscy razem odjeżdżają, słychać z daleka ich wesołe głosy i stukot kauczukowych kółek.

„No tak” – zamyślam się ponuro – „ekspresji w piosence na pewno nigdy nie zabraknie, bo zawsze się znajdą odbiorcy. Ale tekst, co będzie z tekstem? Czy w przyszłości komuś jeszcze będzie potrzebna głębia metafor?”

Wide black trees and a field of frost.
Birds fly low and you and me and the car are lost.
We took a wrong turn somewhere.
Into the old time.
Into the old time, for sure.

Szerokie czarne drzewa i pole mrozu
Ptaki latają nisko, a ty, ja i samochód zgubiliśmy się.
Gdzieś skręciliśmy w złą stronę.
W dawne czasy.
Na pewno w dawne czasy.

„Albuquerque”, Nick Cave & Warren Ellis, z płyty Carnage, 2021, tłumaczenie własne.

–––