Czas na sen
O tym, że czas na sen, niejednokrotnie przekonałem się poniewczasie. Zaabsorbowany kolejnym projektem graficznym lub literackim, zazwyczaj nie zauważam mijających szybko nocnych godzin i zdarza się, że do rzeczywistości przywołuje mnie śpiew ptaków. Urocze te skądinąd stworzenia zabierają się do dzieła około trzeciej nad ranem, a zabierają się z wielką werwą. Dziwić się temu nie należy, bo kiedy chodzi o podtrzymanie gatunku, rodzaj męski (nie wyłączając ptasich jego odgałęzień) zawsze wykazuje głębokie zaangażowanie. Muszę jednak stwierdzić bez ogródek, że wczesnym rankiem głosy ptaków są dojmujące. Dojmują starannie, sięgając aż do najgłębszych zakamarków trąbki Eustachiusza i nie przeszkadzają mu nawet szczelnie zamknięte okna. Na nic kolejne obroty na przeciwległe boki w zmiętej pościeli, sen nie ma ochoty przyjść, ptaki śpiewają bez litości. Ciekaw jestem, czy ów sławny Eustachiusz narzekał na podobne problemy.
Bartolomeo Eustachi, o nim tutaj mowa, szesnastowieczny lekarz i anatom, z pewnością spędzał długie godziny w rzymskich prosektoriach na poszukiwaniach swojej ulubionej trąbki. W tamtym okresie roztropny badacz oddawał się takim rozkoszom z dala od ludzkich spojrzeń, gdyż grzebanie w zwłokach było niemile widziane. Przyłapany na gorącym uczynku przez wzburzony tłum, mógł łatwo podzielić los nieboszczyka i z badającego stać się badanym, o ile byłoby jeszcze co badać po spotkaniu z rozjuszoną tłuszczą. Nie zdziwiłbym się wobec tego, gdyby i Bartolomeo kładł się spać o bladym świcie. Pamiętać warto, że renesansowe ptactwo miało znacznie lepsze warunki do życia niż nasze postmodernistyczne, więc w czasach Eustachiusza to dopiero musiał być zgiełk nad ranem…
Renesans minął raczej bezpowrotnie, lecz podejrzewam, że i dzisiaj w sprawach ze snem związanych wiele się nie zmieniło. Mózg, otrzymawszy wiadomość w formie ptasich treli stwierdza, że czas wstawać i ruszać na łowy. Podobnie działo się paręset tysięcy lat wstecz, zatem tak ma być i teraz, a zmiany cywilizacyjne mało nasz mózg obchodzą, bo i tak za nimi nie nadąża. Można się w tej sytuacji spodziewać, że człowiekowi, który bezskutecznie usiłuje zasnąć w porannym hałasie, przychodzą do głowy brzydkie myśli, aby jednego z drugim rannego ptaszka rzeczywiście uczynić rannym, i to ciężko. Pewnie i nieodłączne człowiecze atawizmy znowu mają tu swój udział, przecież od zarania ludzkości wiadomo, że ptaszki są równie piękne, co pożywne zarazem.
Delikatna sugestia Jeremiego Przybory, zaczerpnięta z tytułu jego tekstu piosenki do muzyki Jerzego Wasowskiego, na ogół zostaje przeze mnie przeoczona, na szczęście udaje mi się mimo wszystko zasnąć przed świtem. Ku wielkiemu niezadowoleniu ptaków, jak sądzę, bo nie ma nic gorszego, niż przysypiająca publiczność. Gdy nadchodzi upragniony czas na sen, nie tylko rozpoczyna się proces fizjologicznego wypoczynku, zjawiają się też senne wizje. I właśnie one podsunęły mi temat obecnych rozważań.
Marzenia senne od najdawniejszych wieków intrygowały ludzkość, która dopatrywała się w nich znaczeń głębokich czy wręcz proroczych. Nie dziwi więc, że sen przepowiadający został uhonorowany Stelą Snu Totmesa IV, umieszczoną między łapami Wielkiego Sfinksa, a w papirusach z tamtych czasów pojawiają się liczne już snów objaśnienia. Ot, choćby karkołomne „Jeśli ma nogi na głowie, osiągnie daleką i piękną starość”. Albo rzeczowe „Jeśli urodziła osła, urodzi głupie dziecko” czy też dające do myślenia „Jeżeli człowiek widzi siebie we śnie ze sztywnym penisem – źle – zwycięstwo jego nieprzyjaciół”. Jedno z pierwszych dzieł o snach, które z czasem stało się klasyką gatunku, to Oneirocritica (O interpretacji snów) Artemidora z Daldis. Ten znakomity autor zauważa na przykład, że posiadanie oślich uszu (naturalnie we śnie) jest pomyślne jedynie dla filozofów, bo zwierzę to porusza nimi bez pośpiechu. Jakkolwiek bieg myśli Artemidora pozostaje dla mnie zagadką, czekam z nadzieją na sen, w którym będę mógł sobie nieśpiesznie postrzyc dorodnymi uszami. Filozofem chyba nie mogę się nazwać, ale wielkim filozofii miłośnikiem już owszem, więc mam nadzieję na jakąś szczyptę okruszków ze stołu pomyślności. Będąc w pewnej mierze człowiekiem pióra, jestem też zainteresowany snem o utracie wzroku, który według Artemidora trzeba rozumieć jako obietnicę uzyskania wyjątkowego twórczego skupienia. Na pewno byłoby przydatne, zwłaszcza gdy Redaktor Naczelny dzwoni i pyta o tekst artykułu. Lecz ten sam sen zdaniem Artemidora oznacza też, że „wyjazd za granicę nie dojdzie do skutku”, więc nie wiem jeszcze czy na sen o ślepocie się zdecyduję. Wprawdzie nie planuję na razie żadnej podróży do krajów ościennych, lecz bądź co bądź, szkoda pozbawiać się atrakcyjnych możliwości.
Senniki mnożą się wraz rodzajem ludzkim i wciąż znajdują wdzięcznych czytelników, którzy nierzadko z płonącymi z przejęcia uszami (może nawet oślimi) sprawdzają o poranku jakie koleje losu im są pisane. Zastanawiam się tylko co zrobić w przypadku, kiedy ten sam sen jest interpretowany zgoła zupełnie inaczej w różnych publikacjach. Może wtedy należy wybrać wersję bardziej korzystną? Zauważyłem pewnego razu, że tak robią wyznawcy horoskopów. Niezależnie od okoliczności da się znaleźć jakąś pomyślną zapowiedź wydarzeń, wystarczy wybrać odpowiedni periodyk, bo przecież każdy wydawca drukuje swoje wersje przepowiedni. Albo, gdy przeznaczenie zamierza być bezwzględnie nieubłagane, można zajrzeć do horoskopów sprzed tygodnia czy nawet zeszłorocznych. W ten sposób zawsze da się wyszukać coś optymistycznego, to się właśnie nazywa „brać życie w swoje ręce”.
Interpretacje snów są ciekawym dowodem tego jak zawiłymi ścieżkami podąża rozwój ludzkiego umysłu. Sam nie szukam objaśnień marzeń sennych w literaturze temu zagadnieniu poświęconej, ale może nie zaszkodziłoby zerknąć do cenionego w wiekach średnich Somniale Danielis, czy Tafsir al-Ahlam, będącego wręcz osobnym gatunkiem literatury w świecie islamskim, zajmującym się znaczeniami snów. Może udałoby się znaleźć u źródeł jakieś wyjaśnienia dlaczego niektóre moje sny się powtarzają.
Powtarzają się, i to od dawna. Nie idzie o powtórki tych samych snów ani sny w odcinkach, czego akurat żałuję, bo może dałoby się takim zjawiskiem zainteresować którąś z platform streamingowych. Seriale przeżywają od kilku lat swoją drugą, wspaniałą młodość, a perspektywa serii filmów, opartych na odcinkowych snach, mogłaby skusić inwestorów – w czasach przesytu wszystko, co jest inne niż wszystko, może stać się wszystkim dla wszystkich. Cóż, trzeba porzucić nadzieje na sławę i dobrobyt, zyskane dzięki pracochłonnemu wylegiwaniu się w łóżku, ponieważ wspomniane sny powtarzają się w szczególny sposób, dzieląc się na kilka grup tematycznych. Jedna z nich to sny obfitujące w wodę.
Sny z wodą szczęśliwie nie są snami mokrymi w znaczeniu dosłownym i zapewniam, że organizm mam wciąż pod kontrolą. Po śnie obfitującym w ciecze „suchutki wstaję z łóżka” jak ten staruszek z innej piosenki Jeremiego Przybory, choć do staruszka mi ciągle daleko. Sny z udziałem wody, i to wody w dużych ilościach, bo w postaci rwących rzek lub wzburzonych mórz, występujących z brzegów i biorących w posiadanie wszystko na swej drodze, nawiedzają mnie częstokroć jako reminiscencje lub zwiastuny niewesołych wydarzeń. Nie zdarzają się, na szczęście, zbyt często, ale nietrudno je rozpoznać. Zastanawiam się, czy to zjawisko może mieć związek z pewnym wydarzeniem z dzieciństwa.
W początkach mojej edukacji, w latach siedemdziesiątych, byłem uczniem podstawowej szkoły sportowej. Miała ona w swoim programie nauczania regularne zajęcia dzieci na basenie ówczesnej Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Był to piękny, nowoczesny basen i chociaż nie szczycił się wymiarami olimpijskimi, to jego 3-metrowa głębokość musiała budzić respekt. Nauka pływania, od czego zaczęły się nasze basenowe zajęcia, polegała na prostej i sprawdzonej od zarania dziejów metodzie, być może ze spartańskim rodowodem, czyli wrzucaniu przerażonych pierwszoklasistów do wody, ma się rozumieć – w najgłębszym miejscu. Dalej wszystko było proste – ten, który wypłynął i dotarł do bezpiecznej krawędzi, przeżywał. I tak mieliśmy szczęście, że nie razili nas w tym czasie oszczepami lub nie używali słynnego ognia greckiego Kallinikosa z Heliopolis, aby w ten sposób wyzwolić w nas dodatkowe pokłady adrenaliny. Tamtego dnia, wrzucony na głębinę, byłem pewny, że to mój koniec. Siły prędko traciłem, brakło powietrza, a jakiekolwiek gwałtowniejsze ruchy kończynami tylko coraz bardziej mnie pogrążały, zamiast ponieść ku życiodajnej powierzchni. Do dzisiaj mam w oczach obraz świata widzianego z niebieskiej toni, który powoli oddala się, gaśnie i cichnie. Muszę przyznać, że był to obraz piękny, może dlatego, że ostatni, jak mi się zdawało. Podobno mózg (znowu on) w obliczu śmiertelnego zagrożenia produkuje duże ilości endorfin, jakby chcąc pocieszyć swojego właściciela: „Nie jest najlepiej, chyba umieramy, ale za to zobacz jak wspaniale!”. Oddawałem się więc ostatniej kontemplacji, lecz na koniec, lub raczej przed jego nadejściem, nadeszło wybawienie. I to dość bezceremonialne, bo w postaci długiego bambusowego kija; dźgnął mnie i wydobył z odmętów, a następnie podholował do brzegu. Ciekawe, że pamiętam dokładnie, iż był to kij z prawdziwego bambusa, co teraz zdaje mi się dość osobliwe. Skąd wtedy w naszym kraju równie dorodny bambus? A musiał mieć ze trzy lub cztery metry. W latach największej świetności socjalistycznego ustroju zdarzały się oczywiście rozmaite cuda gospodarcze, jakieś gigantyczne huty, wielkie płyty czy monstrualne tuczniki, ale nie słyszałem, aby którykolwiek z ówczesnych PGR-ów zajmował się hodowlą dorodnych bambusów. Może był to skutek jakiejś wymiany handlowej z towarzyszami z Mozambiku czy Angoli? Długie ręce marksistowsko-leninowskiej hydry sięgały wówczas nawet w podobnie odległe rejony. Tak więc zostałem ocalony z pomocą importowanego bambusa, przeżyłem i chyba nie wydarzyło się nic wielkiego, skoro nie przypominam sobie, aby robiono mi sztuczne oddychanie lub by wzywano choćby basenową pielęgniarkę (nie zdziwiłbym się, gdyby naprawdę istniała wtedy taka funkcja). Ot, po prostu na ledwo wydobytego z głębiny niedokończonego topielca już nikt specjalnie nie zwracał uwagi, wszak należało kontynuować proces oswajania dzieci z wodą. Co najdziwniejsze, nie mam i nigdy nie miałem żadnego urazu z wodą związanego – pływać się nauczyłem i aczkolwiek nie poruszam się w wodzie z oszałamiającą szybkością, to mimo wszystko do przodu i głównie na jej powierzchni. Więcej jeszcze: posiadam kartę pływacką i rozmaite patenty żeglarskie. Całe szczęście, bo jak gdynianin z dziada pradziada i czystej krwi trójmieszczanin mógłby się pokazać ludziom na oczy, gdyby na widok morza lub jeziora uciekał z krzykiem przed siebie (i w przeciwnym kierunku). Lecz myślę, że w tamtym dniu jakaś porcja chlorowanej wody przesączyła się gdzieś w zakamarki mojej kory mózgowej i przecieka czasami do snów, przypominając o sobie w trudnych chwilach.
Sny związane z wodą są więc w moim przypadku snami nieprzyjemnymi, całe szczęście nieczęsto mi się trafiają. Inna, o wiele częściej nawiedzająca mnie i przyjemniejsza przy tym, grupa snów to sny związane z muzyką. Jeden z nich to sen ze sklepem muzycznym. Oto odnajduję się w nierzeczywistości i przypadkowo odkrywam wspaniały sklep z instrumentami, zupełnie nie znany mi w tej okolicy. Okolica jest mi też zupełnie nieznana, ale nie zważam na drobiazgi i wchodzę w radosnym zdziwieniu, zauważając na ścianach obfitość wspaniałych instrumentów. Radość, płynącą z takiego snu, zrozumieją ci, którzy grają na instrumentach, a najlepiej gitarzyści. Otóż jakiejkolwiek wspaniałej gitary nie posiadałby muzyk, zawsze będzie pragnął innej, lepszej; niektórzy w swoim zapamiętaniu (zwłaszcza ci, którym się powiodło w muzycznej branży) mają gitar na pęczki, a i tak łakomie patrzą na kolejne wspaniałe egzemplarze. Również i przez moje ręce przewinęła się niejedna świetna gitara; mam obecnie tylko dwie (doskonałe niewątpliwie), ale przemyśliwam o przebudowie instrumentarium. Zrozumiałe więc, że gdy wchodzi się do nowego sklepu muzycznego, nawet jeśli jest to sklep ze snu, ślinka idzie do ust. A tam gitar ile dusza zapragnie, są nawet lutnie (o, lutnię to bym chętnie nabył), wszystko w przystępnych cenach, lecz oto biorę jeden instrument do ręki, potem inny i kolejny… Każdy, mimo że piękny, ma jakąś wadę – a to gryf tak krótki, że wątpliwe czy da się na nim zagrać całą gamę, a to brakuje czegoś, coś nie działa, coś odpada. I sen ze słodkiego robi się gorzki, bo co z tego, że tyle jest do wyboru, skoro nic się wybrać nie da? W tym przypadku w poszukiwaniu wyjaśnień lepiej byłoby zajrzeć nie do dzieła Artemidora z Daldis, a do Die Traumdeutung Sigmunda Freuda, choć strach co tam by się znaleźć mogło…
Na szczęście jest jeszcze jedna grupa snów, może na pocieszenie. Są to sny, w których śpiewam, a publiczność bije mi brawo. Na dodatek odnoszę wrażenie po przebudzeniu, że śpiewałem na całe gardło, jednak jeśli ani domownicy, ani zaprzyjaźnieni mieszkańcy sąsiednich domów się nie skarżą, więc nie wiem jak to jest naprawdę. No, chyba że śpiewałem w nocy na tyle dobrze, że w dzień wszyscy wciąż są zadowoleni. Wprawdzie nikt nie pyta o nadchodzące koncerty, o autografy nie proszą, ale w sumie nie ma co narzekać – poszło dobrze, jest satysfakcja i artystyczne spełnienie. Mam pewne niewielkie wątpliwości w tym przypadku, bo zdaje mi się, że nieraz w czasie występu stoję jakby za filarem, czasem niby w kącie, a widownia patrzy w innym kierunku… Może więc prawda jest taka, że wśliznąłem się na jakiś muzyczny show, najpewniej bez biletu, stoję z boku i śpiewam, rojąc sobie, że to ja jestem gwiazdą… To by oznaczało obietnicę schizofrenii lub załamania nerwowego w najlepszym wypadku. Może jednak zajrzę do tego Freuda, choć na razie nie ma sobie co głowy zaprzątać snami, najważniejsze, że w ogóle się obudziłem.
Cokolwiek by myśleć o snach i ich brawurowych interpretacjach, marzenia senne od zawsze były obiektem pożądania artystów. Myślę, że szczególnie przywiązani być do nich muszą twórcy filmowi. Oto bowiem, czy to na skutek niestrawności scenarzysty, czy chwilowego otępienia umysłowego reżysera, główny bohater nowego blockbustera zawisa nad rzeką, w której roi się od piranii. Dynda uwiązany w kostce cienkim sznurkiem, i to nisko nad lustrem wody, a węzeł rozluźnia się nieubłaganie. Rybki pluskają niecierpliwie, rzeka płynie obojętnie w swoich sprawach – można by rzec, amazońska codzienność, w której nieustannie ktoś albo je, albo jest jedzony. I filmowy impas zarazem, ponieważ krótka chwila, a człowiek musi po prostu wpaść do wody, gdzie zostanie ogryziony do kostek, film skończy się nagle, mimo że się porządnie nie zaczął. Osłupiali widzowie nie zdążą dobrze posmakować popcornu, a tu trzeba wychodzić, bo zapalają się światła. Multipleksy utonęłyby w niedojedzonych hałdach prażonej kukurydzy, gdyż podobno jedzona poza salą kinową staje się substancją groźną dla zdrowia. Zaczęłyby się jakieś rozruchy, protesty… Na szczęście jest wyborne rozwiązanie. W kolejnym ujęciu nasz główny bohater, zamiast całym sobą nakarmić piranie, budzi się we własnym łóżku. Wszyscy są zadowoleni, a najbardziej producenci popcornu, bo nagły zwrot akcji budzi emocje widzów, a wraz z nimi dawne instynkty, które nakazywały jeść dużo i prędko w obliczu niebezpieczeństwa. Gdy do tego snem cudownie wybawiony bohater filmu ze zdumieniem odkryje na swojej kostce kawałek zerwanego sznura, oglądający otrzymają nieoczekiwane dotknięcie metafizyki, a co za tym idzie – szereg nowych możliwości fabularnych, które mogą wystarczyć na dobry sequel i parę prequeli na dodatek.
Nie inaczej w przypadku literatury. Twórcze wykorzystanie snu w prozie, poezji lub dramacie bywa na tyle popularne, że zyskało nawet swoją własną nazwę. Oniryzm, o nim mowa, przenika powieści Franza Kafki czy Brunona Schulza; doskonały opis „Snu Nikanora Iwanowicza Bosego” znajdziemy w Mistrzu i Małgorzacie, w Przygodach dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej osobliwy sen ma kadet Biegler, no, a Sen nocy letniej – tam sen występuje niemal w roli głównej. „Jesteśmy z tego samego, co nasze sny, a nasze życie snem się kończy” mówi Szekspir ustami Prospera w Burzy i marzenia senne pełnią w jego dramatach ważną rolę, nierzadko będąc zapowiedzią krwawych wydarzeń. Nie przypadkiem Klaudiusz pozbawia życia ojca Hamleta we śnie, choć tym razem autor dzieła rezygnuje z ostrych narzędzi i podrzynania gardeł, wystarczy mu kilka kropelek, delikatnie wsączonych do ucha śpiącego króla. Ale nie są to kropelki na zapalenie ucha, to środek co leczy z wszystkiego od razu.
Jeszcze delikatniej, co nie może dziwić, do snów biorą się poeci. Pojawiają się one w Napoju cienistym Leśmiana, tomie wierszy z 1936 roku i w utworze Sen Wisławy Szymborskiej. „Ja ulatuję, jak leżę, od nóg, już sen mnie bierze”, pisze Miron Białoszewski w utworze również zatytułowanym Sen. Także i Krzysztof Kamil Baczyński wybrał Sen na tytuł swojego wiersza, w którym maluje oniryczne obrazy:
(…) Już był najwyższy czas,
znaki na niebie rosły
i ludzie w szatach z miedzi
szeptali przylegając do gwiazd. (…)
Nie mniej chętnie sięgają do snów twórcy za granicami naszego kraju, choćby Johann Wolfgang von Goethe („Der Traum”), John Keats („La Belle Dame sans Merci”), Federico García Lorca („Romance sonámbulo”), snami przesycone są Iluminacje Arthura Rimbaud:
(…) Tchnąc miłą wonią chińskiego tuszu, czarny pył sypie się łagodnie na moją wieczorną godzinę. Przykręcam płomienie świecznika, rzucam się na łóżko i zwrócony w stronę ciemności widzę was, moje panny, moje królowe.
W poszukiwaniu sennych marzeń można by sięgnąć do twórczości wielu poetów, zarówno krajo-wych jak i z importu, lecz z poezji niedaleko do piosenki, a do niej właśnie powinien doprowadzić nas sen. Co ze snami w piosenkach?
Oczywiście są, i to od dawna. Wystarczy przywołać takie przykłady, jak „In dreams” Roya Orbisona, niezbyt znany, ale wysoko ceniony przez słuchaczy i krytyków „Bob Dylan’s Dream” tegoż autora albo niezwykłe popularny w latach sześćdziesiątych „All I Have to Do Is Dream” duetu The Everly Brothers. Bracia Everly to prekursorzy dwugłosowej harmonii w muzyce popularnej, a ten rodzaj śpiewu do mistrzostwa opanowali Paul Simon i Art Garfunkel. Będąc wiernym i wieloletnim fanem tego duetu, nie mogę nie wspomnieć i o nich. Oto fragment piosenki opartej na śnie, czyli „For Emily, Whenever I May Find Her”:
What a dream I had,
Pressed in organdy,
Clothed in crinoline of smoky burgundy,
Softer than the rain. (…)
W wolnym tłumaczeniu:
Jakiż sen miałem,
Odciśnięty w organdynie,
W krynolinie koloru dymnego burgunda,
Delikatniejszy od deszczu. (…)
Piosenka dla Emilii weszła w skład albumu Parsley, Sage, Rosemary and Thyme z 1966 roku obok innego wyśmienitego utworu pod tytułem „Scarborough Fair / Canticle”. Jego tekst, będący tradycyjną angielską balladą, nie wspomina może o snach, ale w wykonaniu Simona i Garfunkel emanuje onirycznym wdziękiem, który ubarwiają powtarzające się zaklęcia z użyciem ziół: „parsley, sage, rosemary and thyme”. W tłumaczeniu na język polski to zaklęcie zyskuje jeszcze ciekawsze brzmienie, bo dowiadujemy się, że chodzi o „pietruszkę, szałwię, rozmaryn i tymianek”. Rzucanie uroku za pomocą pietruszki – ten pomysł musi być zaczerpnięty z jakiegoś niecodziennego sennego marzenia… Napar szałwii z kolei sprzyja wyciszeniu i łagodzeniu stresu, a więc ułatwia oddawanie się snom i tu mamy doskonały dowód na to, że odpowiednio manipulując treścią da się ją dopasować do każdej z góry założonej tezy.
Nasze krajowe przykłady piosenek, mających do czynienia ze snami, są nie tylko równie znakomite co zagraniczne, lecz i bliższe ciału, jak przysłowiowa koszula (nocna, do spania, jakże by inaczej…). Wspomniany na samym początku utwór Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego „Dobranoc, już czas na sen” zyskał sympatię wielu pokoleń Polaków. Autor tekstu otwarcie pisze jacy jesteśmy i nie są to pochlebne spostrzeżenia, jednakże robi to z tak elegancką wyrozumiałością, że zamiast obrażać się, uśmiechamy się najwyżej, a może nawet niejeden (i niejedna) z nas weźmie sobie to i owo do serca, by przy najbliższej okazji, podczas podróży tramwajem, roztaczać wokół siebie dyskretny zapach czystości. Jest to wobec tego utwór równie ładny, co zdrowy. Muzyka dodaje do dziełka dodatkową wartość estetyczną, dlatego nie dziwi, że piosenka wciąż żyje, a kolejni artyści włączają ją do swojego repertuaru, choćby Anna Maria Jopek, Grzegorz Turnau czy Justyna Steczkowska.
Podobnym uznaniem cieszy się „Sen o Warszawie” do tekstu Marka Gaszyńskiego i z muzyką oraz w wykonaniu Czesława Niemena. Ilekroć słyszę ten utwór w autorskiej interpretacji, wraz z podziwem dla artysty odczuwam radość, jakbym sam był warszawiakiem, wracającym do domu po kilku latach spędzonych nad Amazonką, z kawałkiem sznurka na kostce, ma się rozumieć. Nie powiedziałbym, że tekst piosenki jest wybitnym dziełem literackim, nawet o śnie tam mało się mówi, prędzej jest to opowieść o tęsknocie. Tak samo w przypadku muzyki: trudno zaliczyć ją do szczytowych osiągnięć kompozycji, a przecież całość, słowa i nuty, łączą się magiczny sposób, tworząc utwór, który od ponad sześciu dziesięcioleci zachwyca odbiorców. I wciąż żyje bogatym nowym życiem w interpretacjach kolejnych pokoleń artystów, mających odwagę się z nią zmierzyć, jak na przykład – niestety już nieobecni między nami – Stanisław Sojka i Stanisława Celińska, a także Janusz Radek, Piotr Cugowski, Katarzyna Kowalska i wielu, wielu innych.
Gdy pada nazwisko Cugowski, nie sposób nie wspomnieć „Snu o dolinie”. Świetna piosenka w wykonaniu Budki Suflera z przejmującym głosem tym razem głowy rodziny Cugowskich, Krzysztofa, którą pamiętam doskonale z czasów chłopięcych jako moją pierwszą fascynację nie tylko muzyką, ale i tekstem. Co ciekawe, dowiedziałem się dużo później, że pierwowzór utworu to „Ain’t no sunshine” autorstwa Billa Withersa, wielki przebój z lat siedemdziesiątych; nagrany przez nieznanego muzyka trafił z miejsca na szczyty amerykańskiego Billboardu. Nieco przearanżowany i z polskim tekstem pomógł Budce Suflera urzeczywistnić wielki sen – długą i owocną karierę na polskim rynku muzycznym.
Jest dużo więcej wspaniałych utworów, które można by przytoczyć, gdy mowa o snach w polskiej piosence. Album Sen Edyty Bartosiewicz, który ugruntował jej błyskotliwą karierę muzyczną, uzyskując status podwójnej platynowej płyty, utwór „Śpię” Maanamu, „Sen” Ani Dąbrowskiej, ale im głębiej zaglądam w temat snów, tym bardziej ogromnieje i na koniec widzę, że stoję oto z motyką w ręce, a przede mną słońce: wielkie, gorące i dopiero wschodzi… Porzucam ją więc, ponieważ czekają inne sprawy i może dodam na zakończenie, że ja też napisałem tekst ze snem w głównej roli. Początkowo nosił nawet tytuł „Sen”, dzięki czemu mógłbym może zaliczyć się do grona takich twórców jak Wisława Szymborska czy Krzysztof Kamil Baczyński… Naturalnie, gdybym kiedykolwiek choć pomyślał coś podobnego na serio, prosiłbym aby litościwie dać mi solidnego kuksańca na opamiętanie. Zresztą, tytuł tekstu w końcu został zmieniony na inny, aby ZAiKS był syty i dzieło całe, czyli może nie będzie ze mną aż tak źle.
Dwie siostry, moje oczy
W winnicy zwanej nocą dwie siostry, moje oczy,
Przy ogniu suszą palce wilgotne od łez,
Gdy wracają nad ranem opowieścią uroczyć,
Wtedy znów im nie wierzę, dlaczego tak jest?
Więc stajemy przed lustrem, aby sprawdzić kto kłamie,
Mocno trzymam ich ręce, wciąż ciepłe od gwiazd,
Patrzą na mnie skupione, moje siostry lustrzane,
Pierwszy głowę odwracam, tak było nie raz.
Każdej nocy wybieram się z nimi,
Każdej nocy wychodzą stąd same,
Potem czekam skulony na łóżku,
Aby znowu nie wierzyć nad ranem.
Przez jezioro, gdzie mieszkam, mnie prowadzą bez słowa,
Opływają nas lśnienia srebrzyście jak śnieg.
Kiedy wiem, że już blisko, pod powieki się chowam,
Bo uduszę się słońcem, rzucony na brzeg.
Więc siadamy pod liściem, wyglądając wieczoru,
W dłoniach miękko zamyka jezioro i las,
Dwie siostry, moje oczy, wypłukane z kolorów,
Umierają na chwilę, tak będzie nie raz.
Każdej nocy wybieram się z nimi,
Każdej nocy wychodzą znów same,
Potem czekam skulony na łóżku,
Aby znowu nie wierzyć nad ranem.
–––
1 Papirus Carlsberg 14, tłum. T. Andrzejewski, wg wystawa „Egipski sen”, styczeń – luty 2013, Muzeum Archeologiczne w Poznaniu.
2 Artur Rimbaud, „Frazy” w Iluminacje, tłum. Artur Międzyrzecki, Warszawa 1998.