Dobre nauczki
Nieodgadnione koleje losu sprawiły, że w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy parę razy miałem okazję obcować z piosenką w wersji koncertowej. Z piosenką bardzo różną, i to w trzech, że tak to ujmę, wymiarach: przestrzennym, emocjonalnym i sentymentalnym. Wymiar przestrzenny odnosi się do kilku miast, gdzie owe niezwykłe spotkania miały miejsce, a były wśród nich Kraków, Gdańsk i niemiecka Brema. O pozostałych wymiarach za chwilę, ale dlaczego w ogóle o tym wspominam? Nie są to zapiski z podróży ani nagły poryw pamiętnikarskiej pasji, a raczej garść refleksji nad tym, że piosenka, obok głębokich doznań estetycznych i przyjemnych odczuć, potrafi też dać dobrą nauczkę.
Zacznę od Krakowa, bo jakżeby inaczej.
Kraków, czyli trzeba się umieć ubrać
Moja kolekcja marynarek nie jest zbyt pokaźna. Bez trudu można je policzyć na palcach jednej ręki beztroskiego drwala, a że pochodzą owe marynarki z różnych okresów czy nawet epok (bo podejrzewam, że w świecie mody już jeden rok to szmat czasu), zamiast słowa „kolekcja” lepsze będzie określenie „zbieranina”. Gdy jakaś marynarka, koszula czy spodnie trafiały w moje ręce, zostawały ze mną na zawsze, bo chyba nie umiałem znaleźć w sobie dość siły, aby sukcesywnie pozbywać się nieużywanych ubrań. Były przecież ze mną na dobre i na złe: na pierwszej randce, maturalnym egzaminie, podczas obrony pracy magisterskiej… Nie mógłbym tak po prostu wyrzucać starych znajomych. A że czas ma tę brzydką właściwość, iż mija niepostrzeżenie, w mojej szafie nagromadziły się części ubrań przedziwnych, od dawna niespotykanych, zagadkowych, a nawet takich, które mogą dzisiaj wzbudzić uczucie lęku u nieostrożnego eksploratora garderobianych otchłani.
Wśród moich marynarek da się znaleźć może jedną lub dwie nadające się do publicznego użytku, ale są to przedstawicielki biznesowego outfitu. Nawet to odruchowe użycie przeze mnie współczesnego makaronizmu, czyli słowa „outfit” zamiast „krój” czy „styl” (czego celowo nie poprawiam), oddaje charakter owych uporządkowanych połaci materiału. To marynarki chłodne, opanowane i bezwzględne jak amerykański prawnik w pozwie zbiorowym. No cóż, tak się potoczyło moje życie, że niczym linoskoczek poruszam się na pograniczu biznesu i sztuki, a marynarka biznesowa to kostium niezbędny w tej ekwilibrystyce. Oczywiście o ile ktoś ma zamiar zachować kark w całości i jeszcze przy tym raczej zarobić niż stracić.
Gdy więc dowiedziałem się, że Andrzej Zarycki postanowił zaprosić mnie na krakowski Salon Poezji jako jednego z autorów i gdy opadł już kurz euforii, że zostałem jednym z wybrańców, powstało pytanie: jak się ubrać na tę okazję? Marynarka biznesowego kroju byłaby przecież nie na miejscu. Jeszcze odruchowo zacząłbym rozdawać wizytówki wśród krakowskiej publiczności albo zagadywać poetów o darmowe próbki unikalnych metafor czy aktualną podaż sonetów. Nie zdążyłem też kupić nic nowego. Codzienny spacer po linie jest na tyle absorbujący, że zabrakło mi czasu, aby poszukać w centrach handlowych odpowiedniego ubioru, a tym bardziej aby we właściwym terminie zamówić coś na miarę.
Kiedy przejrzałem, bez specjalnej nadziei, moją zbieraninę starych znajomych, doszedłem do wniosku, że… założę sweterek. „Sweterek jest jak piosenka ‒ dobry na wszystko”, przekonywałem samego siebie. Nieprzesadny, umiejący się odnaleźć w różnych sytuacjach i uniwersalny w kroju, doskonale spełni swoją rolę. Jeśli przy tym jeszcze będzie czysty i bez dziur na łokciach (a akurat miałem jeden taki), wszystko powinno pójść gładko. Wystający ze sweterka kołnierzyk białej koszuli zasygnalizuje dodatkowo podniosłość chwili. Po krótkiej walce wewnętrznej (bo czasu było coraz mniej) uznałem ostatecznie, że jest to dobry pomysł. Przecież wyznawcami sweterków byli wybitni twórcy jak Różewicz czy Herbert, a takie wzory należy naśladować.
Gdy zasiadłem wśród publiczności Starego Teatru, byłem już całkiem spokojny. Ludzi było tak dużo, że człowiek w sweterku ginął w tłumie na tyle, by nie budzić zgorszenia. Wkrótce wszyscy ucichli i zabrzmiały piosenki z muzyką Andrzeja Zaryckiego, śpiewane przez studentów Akademii Sztuk Teatralnych oraz wiersze, wybrane przez kompozytora, w przepięknym wykonaniu Anny Dymnej, Beaty Paluch i Krzysztofa Orzechowskiego. Okazało się, co przyjąłem z radosnym zdumieniem, że moje teksty zakwalifikowały się do obu kategorii, bo jeden został zaśpiewany, a drugi został zaprezentowany jako wiersz, i to jeszcze w podzielonej interpretacji całej trójki wspomnianych artystów. Pomyślałem wtedy z rozpaczą, że mogłem przecież coś wypożyczyć, jakiś frak przepasany szarfą, czy chociaż smoking z białym goździkiem w butonierce…! Przed wykonaniem każdego z utworów jego autorka lub autor byli proszeni o powstanie z miejsca i zostawali nagradzani brawami, ale na szczęście gdy przyszła moja kolej, udało mi się wstać nieznacznie, półgębkiem niejako, tak aby sweterek nie rzucał się zbytnio w oczy. I wszystko było pięknie aż do momentu, gdy na koniec poproszono wszystkich autorów, aby wyszli na scenę. Po chwili stałem w tym swoim sweterku obok znakomitego krakowskiego poety Józefa Barana, oczywiście ubranego w odpowiednią marynarkę, mając z drugiej strony Annę Dymną w pięknej białej sukni, psując zapewne swoim wyglądem jakość kompozycji obrazu licznie zgromadzonym fotografom. Błyskały flesze, a ja dziwiłem się, że nie wypchnięto mnie ukradkiem gdzieś do tyłu, najlepiej za grubą kotarę. Cóż, najwidoczniej artystyczny świat Krakowa wielkodusznie oddziela autora od dzieła, skupiając się na tym ostatnim.
Jako że Mistrz jest przede wszystkim kompozytorem, owo spotkanie z poezją było głównie poświęcone piosenkom czy też wierszom w piosenki zamienionym. Mogę więc śmiało stwierdzić, że właśnie piosenka dała mi wtedy nauczkę jak należy (czy może jak nie należy) ubierać się ,stosownie do okoliczności. Była to nauczka dojmująca, bo jeszcze dzisiaj, ponad pół roku później, palą mnie uszy, gdy opisuję wspomniane wypadki. Wziąłem ją sobie głęboko do serca. A przecież nie był to pierwszy raz, gdy nie potrafiłem się ubrać odpowiednio do sytuacji.
Podobne zdarzenie miało miejsce kilka lat wcześniej, także w Krakowie. Zostałem zaproszony do napisania kilku tekstów do recitalu Anny Szałapak, który miał w całości składać się z piosenek poświęconych kotom. Od wczesnego dzieciństwa miałem dobre kontakty z tymi niejednoznacznymi stworzeniami, temat był mi bliski, toteż wkrótce powstały trzy lub cztery propozycje. Dwie z nich, ku mojej radości, zostały zaakceptowane i wraz z piękną muzyką Andrzeja Zaryckiego stały się piosenkami Białego Anioła Piwnicy Pod Baranami. Nie może być chyba większej satysfakcji dla autora tekstów niż znaleźć się w towarzystwie takich artystów, gdy więc otrzymałem wiadomość o premierze recitalu, musiałem zrobić wszystko, aby stawić się na miejscu w odpowiednim dniu i godzinie. „Anikoty”, bo taki tytuł nadano recitalowi, miały objawić się światu na początku sierpnia. Pech chciał, że miałem w tym czasie zaplanowaną, i to zaplanowaną dużo wcześniej, rodzinną wycieczkę do Włoch. Ponieważ jednak za granicą mieliśmy zatrzymać się u rodziny i poruszaliśmy się własnym samochodem, udało się skorygować plany urlopowe tak, aby w drodze powrotnej na czas znaleźć się w Krakowie. Jednakże lato tamtego roku było gorące.
Lato było tak gorące, jakby włoski klimat, nie mogąc się nas doczekać, postanowił przesunąć się czasowo aż po plaże Bałtyku. Zrozumiałe więc, że gdy w pocie czoła (z powodu upału) pakowałem ubrania, moje względy zyskiwały tylko te najbardziej powściągliwe co do ilości materiału, użytego do ich wyprodukowania. Najchętniej widziałbym tylko rzeczy wyposażone w same krótkie rękawy i jeszcze krótsze nogawki, bez żadnych elementów pośrednich, ale niestety ‒ projektanci odzieży nie dotarli jeszcze do tego etapu modowej ewolucji.
Człowiekowi zanurzonemu w temperaturze powyżej trzydziestu stopni Celsjusza częściej przychodzą do głowy myśli, aby się rozebrać niż ubrać. Zrozumiałe jest więc, że myśl o marynarce czy choćby białej koszuli z długim rękawem i odpowiednich spodniach nawet nie przyszła mi do głowy. Czas jak zawsze przemknął skrycie, skończyły się wakacyjne przygody i nadszedł wyczekiwany dzień, gdy zasiadłem na widowni Piwnicy Pod Baranami. Zasiadłem w krótkich spodenkach i niedopranej koszulce z wyjątkowo krótkim rękawem. Po dwóch tygodniach, spędzonych samym środku lata na gęstych od słońca wzgórzach Toskanii i do tego po całym dniu podróży samochodem po zatłoczonych autostradach, człowiek nie wygląda kwitnąco. Oczywiście nie było aż tak źle ‒ nikomu, kto przechodził obok mnie nie miękły kolana z powodu nadmiaru dojmujących wrażeń zmysłowych. Przyjechałem na tyle wcześnie, aby doprowadzić się do porządku po długiej podróży. Myślę jednak, że wtedy, w czasie premierowego koncertu w Piwnicy Pod Baranami, nikt nie był ubrany gorzej niż ja.
I znowu, z początku nic nie zapowiadało katastrofy. Wydarzenie zgromadziło tak obfitą publiczność, że jakoś udawało mi się niknąć w tłumie, potem pogasły światła, ukazała się Anna Szałapak i wszystko inne przestało być ważne. Muszę przyznać jednak, że w miarę jak wybrzmiewały kolejne piosenki, w duchu dziękowałem Jowiszowi, który w czasach antycznych osobiście zajmował się pogodą na Półwyspie Apenińskim, że siedzę w krótkich spodenkach i cienkiej koszulce, bo temperatura wokół szybko rosła. Do dzisiaj pamiętam kropelki potu w dołku mostka Białego Anioła; tam na scenie, w skupionych smugach świateł reflektorów, musiało być jeszcze bardziej gorąco niż na widowni. Mimo to Anna Szałapak śpiewała tak, jakby siedziała w chłodnym cieniu nad szemrzącym strumieniem. Ale czemu tu się dziwić, wszak anioły nie z tego są świata.
Gdy koncert zbliżał się do końca, syty artystycznych uniesień i autorskiego sukcesu, ale spragniony ziemskich i do tego mocno schłodzonych napojów, już widziałem siebie znikającego dyskretnie w cienistych zaułkach krakowskiego Rynku. Tam, w jakim barze czy restauracji, pragnąłem zaspokoić cielesne żądze, ale znów los chciał inaczej. Najwidoczniej w czasie włoskich wakacji zapamiętała mnie któraś z bezwzględnych Parek, rzymskich bogiń przeznaczenia. Postanowiła, że moje życie nie będzie układać się po mojej myśli, bo wkrótce po koncercie nie tylko nie udało mi się wymknąć, ale zostałem posadzony za stołem wraz ze znakomitymi krakowskimi artystami, i to obok Białego Anioła. Mnie, bezbożnika, w krótkich spodenkach i koszulce po przejściach.
Oczywiście aby zatrzeć wrażenie, zaraz wzniosłem się na wyżyny elokwencji i dobrych manier. Zagadywałem, słuchałem pilnie, potakiwałem albo zaprzeczałem gorliwie, i zawsze w odpowiednich momentach. Jean-Baptiste de La Salle, wybitny osiemnastowieczny znawca dobrego wychowania, byłby ze mnie zadowolony, gdyby mnie wówczas usłyszał przy stole. Jednak gdyby zobaczył jak się wtedy prezentowałem wizualnie, z pewnością zastosowałby dla mojego dobra którąś z wyrafinowanych kar cielesnych, których był zwolennikiem. Biały Anioł był oczywiście pełen dobroci. Słuchał uprzejmie i czasami nawet rzucił jakieś słówko w nawiązaniu do moich wysiłków, jednak wyraźnie bardziej odpowiadało mu towarzystwo siedzącego po drugiej stronie Michała Zabłockiego. Nic dziwnego, on był w marynarce.
Może Annie Szałapak zrobiło się wtedy przykro, że przybyłem na jej premierowy recital w stroju, jakbym właśnie wyszedł z kolejki po frytki na którejś z trójmiejskich plaż. Jeśli tak, to będąc Aniołem chyba mi wybaczyła, bo słyszałem, że planowała włączyć do swojego repertuaru pozostałe dwa z czterech tekstów, napisanych wtedy przeze mnie. Nie było mi jednak dane tego sprawdzić, bo niedługo potem inna z Parek, tym razem Mora, bezlitośnie przecięła zwiewną nić życia Białego Anioła. Pozostał żal i to wstydliwe wspomnienie, a zarazem dotkliwa nauczka, której znowu udzieliły mi dwie piosenki do moich własnych słów.
Oto fragment jednego z tekstów, który nie został zaśpiewany:
Piękna
jak odręczna kreska,
w białej ramie okna ‒
czarna kotka.
Niżej
płaskowyże dachów,
miasta w każdą stronę,
nieskończone.
W miastach ludzie wciąż spragnieni,
wciąż spragnieni tajemnicy,
opisują wzorem życie,
zaglądają w środek Ziemi,
zapuszczają się w mgławice,
by na końcu zostać z niczym. (…)
Po odejściu Białego Anioła też zostaje się z niczym.
Gdańsk, czyli trzeba się umieć zachować w Krakowie
Kolejne moje niedawne spotkanie z piosenką to koncert zespołu Raz, Dwa, Trzy. Miał on miejsce w głównej sali koncertowej Filharmonii Bałtyckiej, będącej jednocześnie nowoczesnym centrum muzycznym i kongresowym. Miejsce malownicze, bo znajduje się na wyspie, położonej na rzece Motławie i do tego w śródmieściu Gdańska. Wystarczy przejść po futurystycznej obrotowej kładce nad lustrem płynącej wody, aby znaleźć się na Starówce. Sala Filharmonii to doskonały obiekt na koncerty symfoniczne czy recitale fortepianowe, ale moim zdaniem nie zawsze sprawdza się w przypadku muzyki nieco bardziej powściągliwej pod względem formalnej i kulturowej powagi. Nie chodzi oczywiście o akustykę miejsca, która jest znakomita, nie zamierzam też w żaden sposób krytykować tych czy innych wykonawców. Myślę po prostu, że w dużej sali koncertowej nie zawsze udaje się zbudować nastrój, wymagający intymnego kontaktu z publicznością. Ale zespół Adama Nowaka tak mistrzowsko manipulował przestrzenią, słowem i dźwiękiem, że niejeden ze słuchaczy, jak sądzę, wyszedł po koncercie z budynku filharmonii nieobecny duchem i lekko unosząc się nad ziemią, ruszył na Stare Miasto, aby wraz z innymi uczestnikami wydarzenia z uśmiechem pomilczeć o słowach piosenek nad kieliszkiem dobrego wina. Ja wysłuchałem Raz, Dwa, Trzy z wielką przyjemnością i przy tej okazji przypomniało mi się kolejne zdarzenie, które nie jest powodem do dumy, za to jest przykładem następnej lekcji, udzielonej mi przez piosenki. I to piosenki moje własne.
W czasach studenckich tworzyłem z grupą przyjaciół zespół muzyczny, śpiewający tak zwaną „piosenkę z tekstem”. Niektórzy być może chcieliby ten rodzaj naszych muzycznych usiłowań nazwać poezją śpiewaną, ale ponieważ byłem autorem wszystkich utworów, nie posunąłbym się tak daleko, bo zbyt wysoko poezję cenię i szanuję. Nasze piosenki, które choć śpiewane, starały się mieć coś do powiedzenia, stanowiły raczej mglistą zapowiedź poezji właściwej. Tak czy inaczej, udawało nam się od czasu do czasu wziąć udział w jakimś przeglądzie czy festiwalu, więc można się domyślać, że wydawane przez nas zbiorowe dźwięki niosły z sobą pewną wartość. Jednym z naszych szczytowych osiągnieć na tym polu był dwukrotny udział w Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie.
Dostać się do festiwalowego przeglądu w tamtych czasach to było osiągnięcie niezwykłe. Należało przede wszystkim stanąć do eliminacji wojewódzkich. Chętnych było wielu, a wszyscy nie tylko utalentowani, ale i zdeterminowani, bo zakwalifikowanych się do finałowej trójki szczęśliwców czekały nie tylko chwile sławy i chwały, ale mieli też zapewniony zwrot kosztów podróży do Krakowa, opłacone noclegi w hotelach wraz z wyżywieniem oraz wejściówki na szereg okołofestiwalowych atrakcji. To właśnie dzięki takim wejściówkom udało się nam zobaczyć pierwszy raz na żywo koncert Marka Grechuty czy Jacka Kaczmarskiego.
Już pierwsza nasza próba wzięcia udziału w Festiwalu okazała się bardzo udana. Nie tylko z wielkim sukcesem przeszliśmy eliminacje, ale zostaliśmy później laureatami konkursu głównego, ze specjalną nagrodą Radia Kraków. A że nie zdobyliśmy Grand Prix festiwalu, zuchwale postanowiliśmy stanąć do konkursu następnego roku. Najwyraźniej skaziło nas dotknięcie pychy. Co gorsza, znów przeszliśmy gładko kolejne eliminacje i w chwale pojechaliśmy do Krakowa. Lepiej byłoby wtedy, aby nóżka powinęła się nam jeszcze w Gdańsku, jednak i tym razem los chciał inaczej. Początki naszego drugiego udziału w festiwalowym przeglądzie wspominam bardzo dobrze. Noclegi w hotelu Polskim, który robił na nas wtedy duże wrażenie swoimi dostojnymi wnętrzami, przesłuchanie konkursowe bez większych wpadek i zgodnie z ustaloną aranżacją, a jednak… Gdy późną nocą ogłoszono werdykt festiwalowego jury okazało się, że nie ma nas w finale. „Jak to, nie weszliśmy do finału?” – pytaliśmy zdumieni. „My ‒ laureaci, my ‒ nagradzani? My wspaniali?” Nawet wódki nie było się wtedy gdzie napić, aby ukoić rozgoryczenie, bo inne były czasy, inne noce krakowskie. A wygrał wtedy zespół Raz Dwa Trzy.
Oczywiście wygrał zasłużenie. Gdy oglądaliśmy potem koncert finałowy (bez nas?!) ze skrywaną zawiścią, musieliśmy przyznać, że zespół Adama Nowaka zaprezentował się wyjątkowo. Świetna muzyka, teksty, aranżacje, wykonawcy zadbali nawet o ciekawą formę, ustawiając się na scenie w taki sposób, że wyglądali jak jeden organizm o sześciu rękach, trzech głowach i tyluż gitarowych gryfach. Wysłuchawszy zwycięzców wybaczyliśmy im więc wspaniałomyślnie, że wygrali. A nawet to, choć tym razem już z trudem, że my przegraliśmy. Ale już kiełkowały w nas złe myśli i podejrzenia. Jak mogliśmy tak po prostu odpaść na ostatniej prostej? „To sprawa nieczysta, ktoś tam ręce maczał i ma za uszami, jakaś mętna woda była na młyn lana”, myśleliśmy, ponuro paląc straszliwe papierosy, bo innych wtedy nie było. I utwierdzała się w posadach nasza niechęć do jurorów, która kwitła zawsze, gdy nie wygrywaliśmy i która jak za dotknięciem magicznej różdżki znikała, gdy zdobywaliśmy nagrody.
Następnego dnia nadszedł czas powrotu. Czekając na odjazd pociągu, siedzieliśmy w przedziale kolejowym i patrzyliśmy ponuro przez okno na budynek dworca, który nazywał się jeszcze wtedy Kraków Główny, a nie Galeria Krakowska, gdy nagle zobaczyłem wbiegającą na peron Agnieszkę Osiecką. Trzeba pamiętać, że były to lata dziewięćdziesiąte. Miejscówki nie były jeszcze w powszechnym użyciu i aby zdobyć miejsce siedzące w pociągu, niezbędna była szybka orientacja w czasie i przestrzeni, najlepiej wzbogacona bezpardonowym użyciem łokci z dodatkiem kolan. Kto się zagapił i nie przyszedł na dworzec odpowiednio wcześnie, mógł tylko pomarzyć o wagonowym przedziale i niejednokrotnie musiał się zadowolić bogatym w kolejowe aromaty miejscem stojącym przy toalecie. Agnieszka Osiecka przybyła za późno, pociąg był już pełen podróżnych, więc pomyślałem, że trudno jej będzie znaleźć miejsce, bardzo trudno… Czy ta myśl była brzydko doprawiona nutą satysfakcji? Niestety, nie mogę tego wykluczyć. Ta znakomita artystka, będąc w składzie festiwalowego jury, stała się jedną z osób, które pozbawiły nas dostępu do sukcesu. Nas ‒ laureatów, nas ‒ wspaniałych i już nagradzanych! Całkiem możliwe, że moja utrącona pycha pozbawiła mnie wtedy na chwilę przyzwoitości, a być może i rozumu, bo przecież Agnieszka Osiecka równie dobrze mogła głosować na naszą korzyść w finałowym werdykcie.
Tymczasem wspomniana postać zniknęła nam z oczu, weszła pewnie do wagonu, lecz po chwili… pojawiła się w naszym przedziale. Wychyliła się przez okno, aby wymienić słowa pożegnania z odprowadzającymi ją osobami i usłyszeliśmy jak mówi, że będzie miała kłopot z miejscem siedzącym. W naszym przedziale wszystkie miejsca były zajęte, ale można przecież było się zsunąć, zagęścić czy nawet stać na zmianę, aby zwolnić dla niej jedno miejsce, można było wpaść na kilka innych równie dobrych rozwiązań… Dlaczego tego nie zrobiliśmy, dla czego ja tego nie zrobiłem? Siedziałem bez ruchu i pewnie miałem gębę naznaczoną niemym wyrzutem, więc po chwili Agnieszka Osiecka po prostu poszła dalej, do normalnych, niemściwych ludzi, którzy zaraz zrobili jej miejsce między sobą i mogli przez kilka godzin cieszyć się jej obecnością. Wstyd pisać dzisiaj o tym wszystkim, ale robię to z rozmysłem, aby naznaczyć sobie pokutę, bo do dzisiaj żałuję tamtego dnia. Zawsze przecież podobała mi się barwna osobowość tej wyjątkowej autorki tekstów, lubiłem jej humor i wrażliwość, podziwiałem bogatą twórczość. A przecież gdy nadarzyła się okazja, aby wyrazić to osobiście, zmarnowałem ją tak beznadziejnie. Przelotna chwila sławy poruszyła we mnie cień, którego nie byłem świadomy. Na pocieszenie wyszukałem odpowiedni fragment jednego z jej tekstów.
Odwrócona, spakowana,
Przeźroczysta jak powietrze,
Chociaż serce jest jak rana, a na ranie kurz,
Wybacz mi to jedno jeszcze,
Wybacz mi to jedno jeszcze,
Choć nie umiesz już.
Agnieszka Osiecka, Nie wybaczaj
Tak więc dzięki koncertowi Adama Nowaka z zespołem Raz, Dwa, Trzy przypomniałem sobie jak po raz kolejny piosenki udzieliły mi dotkliwej lekcji, oprowadzając mnie po mrocznych zakątkach mojej ludzkiej natury. Obym tam nigdy więcej nie musiał zaglądać.
Brema, czyli jak się ubrać idąc z wizytą do Szkota albo znowu ta marynarka
W Bremie kupiłem sobie srebrną bransoletkę i od tego czasu mam ją stale na lewej ręce jako cenną pamiątkę. Osoby, które znają mnie bliżej wiedzą, że stronię od biżuterii męskiej i nawet zegarek na przegubie budzi moją niechęć, a ręce swoje najchętniej widzę wolne od ozdób i w możliwie najkrótszych rękawach. Skąd więc pomysł z bransoletką? Stało się to oczywiście przez kobietę, a dokładniej licząc ‒ przez dwie kobiety. Te dwie bliskie bardzo mojemu sercu kobiety to naturalnie moje siostry, więc hańba temu, kto sobie o tym źle pomyślał, gdy usłyszał o dwóch aż przedstawicielkach płci odmiennej. Słowa o hańbie to naturalnie cytat z dewizy Orderu Podwiązki, najstarszego i najwyższego brytyjskiego odznaczenia rycerskiego. Cytat na miejscu, bo o rycerzu będzie mowa. Jest nim sir Roderick David Stewart, kawaler innego wysokiego odznaczenia: Orderu Imperium Brytyjskiego, dzięki któremu nosi zaszczytny tytuł Knight Bachelor, czyli Rycerz Kawaler. Szkot, szlachcic, kolekcjoner zabytkowych aut, fan klubu piłkarskiego Celtic FC, pasjonat kolejowego mo-delarstwa, ale przede wszystkim wokalista i autor dziesiątek przebojów, szerzej znany światu jako Rod Stewart.
Jak dowiedziałem się później, autor tak pamiętnych piosenek jak „Sailing” czy „Da Ya Think I’m Sexy”, mimo skończonych niedawno osiemdziesięciu lat życia, ruszył w długą trasę koncertową po Europie, Bliskim Wschodzie i Ameryce Północnej. Wydarzenie otrzymało tytuł „One Last Time”, należy więc przypuszczać, że może być jedną z ostatnich tras koncertowych tego artysty, jeśli nie ostatnią nawet. Gdy na początku roku dowiedziała się o tym jedna z moich sióstr, wielka fanka sir Rodericka, w jej głowie szybko zaczął się rodzić misterny plan. Styczeń to miesiąc, w którym rozpoczęła się moja przygoda z życiem doczesnym, wspomniana siostra postanowiła więc, aby wraz z wciągniętą do spisku drugą siostrą, obdarzyć mnie prezentem urodzinowym w postaci biletu na jeden z koncertów wspomnianej trasy. W ten sposób pod koniec stycznia wiedziałem już, że w oznaczonym dniu i godzinie mam naznaczone spotkanie z sympatycznym Szkotem w… Bremie. Mieszkam w Gdyni, a do Bremy nie jest mi po drodze; to dalekie miasto kojarzy mi się tylko z jedną z baśni braci Grimm, ale cóż, darowanemu koniowi nie wypada sprawdzać uzębienia, więc trzeba było brać, co dawali. Moje spiskujące siostry mieszkają w Niemczech, jedna we Frankfurcie nad Menem, druga w Berlinie, więc wybór Bremy był pewnie dla nich jakimś kompromisem, choć ja, zdążający na miejsce spotkania z Trójmiasta, miałem do pokonania największą odległość. Oczywiście wcale nie mam zamiaru narzekać, przecież trasa koncertowa Rodą Stewarta obejmowała takie miasta jak Tampere w Finlandii czy Abu Dhabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, więc mogłem trafić dużo gorzej. Z drugiej strony, jeden z koncertów odbył się także w Gdańsku, piętnaście minut jazdy samochodem od mojego domu, ale cóż… Nigdy nie byłem w Bremie, a to pewnie nie wypada.
W drodze na miejsce koncertu wspominałem moje wcześniejsze spotkania z sir Roderickiem, spotkania muzyczne, naturalnie. W czasie największej popularności piosenki „Sailing”, czyli na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, byłem początkującym nastolatkiem, który właśnie odkrywał niepokojące uroki dojrzewających koleżanek. I oto jestem na jednej z pierwszych moich prywatek, czyli domowym spotkaniu towarzyskim młodych ludzi w owym czasie; tańczyło się wtedy, rozmawiało, popijało tak egzotyczne dzisiaj napoje, jak oranżada czy polo-cockta, ale oczywiście głównie chodziło o pierwsze, niewinne doświadczenia erotyczne. Służyły temu rozmaite sposoby, między innymi gra w butelkę. Graliśmy więc, a gra polegała na tym, aby pocałować osobę, którą losowo wskaże szyjka butelki, zakręconej na podłodze. Szczęście uśmiechnęło się do mnie, a wraz z nim uśmiechnęła się urocza Jola, w której podkochiwała się większa część rodzaju męskiego całej naszej szkoły, w tym oczywiście i ja. Wylosowałem Jolę, podszedłem do niej na miękkich nogach i złożyłem na jej policzku pocałunek, pierwszy, najdelikatniejszy ze wszystkich i jakiś uroczysty… Przez chwilę pomyślałem nawet, że może przesadziłem i piękna Jola nawet nie zauważyła, że coś tutaj miało miejsce, ale nie ‒ było dobrze. Nawet bardzo dobrze, bo później przez cały wieczór tańczyła tylko ze mną do piosenek Roda Stewarta, a gdy wracaliśmy do domu idąc na przełaj przez rozgwieżdżone letnie niebo, szliśmy bardzo blisko siebie.
I czy ktoś uwierzy, że ja potem nic z tym nie zrobiłem? Nie zaprosiłem jej na lody, spacer czy choćby wspólne oglądanie pocztowych znaczków. Nie wykorzystałem okazji, nie zrobiłem kolejnego ruchu na szachownicy uczuć. Ale i to nie wszystko. Piękna Jola była moją sąsiadką i mieszkała najbliżej, jak tylko można sobie wyobrazić, bo w tym samym bloku, w sąsiednim mieszkaniu, tuż ścianą mojego pokoju. Nie trzeba było nawet żadnej specjalnej okazji, wystarczyło zapukać. Wiem, że chłopcy dojrzewają później niż dziewczęta, ale ja wtedy chyba byłem w jakimś stadium larwalnym, że aż tak bardzo nie potrafiłem się odnaleźć w obiecującej sytuacji. Może potrzebowałem jakiegoś dodatkowego bodźca w postaci dwumetrowej tablicy świetlnej z migającym napisem: „Tu jestem, Jola, podobasz mi się, poderwij mnie!”. Dlaczego nie stanął mi wtedy przed oczami sir Roderick i nie huknął mnie w potylicę ze słowami „Da Ya Think You’re Sexy, matole?”
Gdy ujrzałem go na scenie w OVB Arena było jasne, że on nigdy nie przeżywał tak żałosnych przygód i nawet będąc osiemdziesięciolatkiem, nie miałby problemu z poderwaniem ślicznej Joli. Biłem więc mu brawo i kręciłem na głową marynarką, zabraną przezornie na tę okazję, bo w końcu chciałem wyglądać jak należy. Później, gdy siedzieliśmy razem przy piwie, wymieniając pokoncertowe wrażenia i ciesząc się jak dzieci z rodzinnego spotkania, uzmysłowiłem sobie, że już od wczesnej młodości piosenki próbowały nauczyć mnie rozumu. Jednak ja wciąż byłem jak ten najgorszy uczeń w klasie, nierozgarnięty i odporny na wiedzę jak kaktus na brak wody. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że ponieważ usiłuję być autorem tekstów, piosenki nie zostawią mnie w potrzebie i wciąż będą dawać mi dobre nauczki, dla naszego wspólnego dobra. Będę miał uszy i oczy szeroko otwarte.
Ale co z tą bransoletką?
Jedna z moich sióstr, ta największa wielbicielka uroczego Szkota, gdy zobaczyła mnie nadchodzącego na koncert w marynarce, stwierdziła bez ogródek: ‒ Zwyczajna marynarka, bez cekinów, ozdób? Na koncert Roda Stewarta? Przecież to nie pasuje.
Więc następnego dnia, gdy dwie kobiety zabrały mnie ze sobą do Koschalka – Schmuck & Historisches, czyli znanego bremeńskiego sklepu z antykami i używaną biżuterią, kupiłem bransoletkę, aby poczuć się choć odrobinę bardziej sexy. Może sir Roderick byłby tym razem ze mnie zadowolony.
You wear it well,
A little old fashioned but that’s all right…
W wolnym przekładzie:
Dobrze ci w tym,
Trochę w starym stylu, ale może być…
Rod Stewart, You wear it well
–––