Normalny wariat
Czasy mamy takie, że nie trzeba zbyt daleko sięgać okiem, aby wypatrzyć wariata.
Gdyby to był zwyczajny wariat, normalny szaleniec, ułożony, w objęciach niegroźnego dla otoczenia obłędu… Na tę myśl ogarnia mnie nostalgia. Śpieszę jednak uspokoić czytelnika, że nie wynika ona z moich osobistych doświadczeń i tęsknot za dawnymi doznaniami. Mam nadzieję, że jestem normalny (choć pewnie tak samo myśli o sobie każdy obłąkany), a przynajmniej pozostaję w bezpiecznych granicach psychicznej normy. Przekonałem się zresztą o tym doświadczalnie, udając się na roczną terapię psychologiczną. Dokładniej rzecz ujmując, raz w tygodniu ucinałem sobie godzinną pogawędkę z sympatyczną panią psycholog, ale „roczna terapia” brzmi o wiele bardziej profesjonalnie. Do podjęcia tak zdecydowanych kroków namówiła mnie ulubiona z moich żon (bo jedyna), argumentując to stwierdzeniem, że na pewno jestem w depresji. Faktem jest, że jakiś czas przed wspomnianą terapią zakończyłem swoją dwudziestoparoletnią karierę korporacyjną i zacząłem pracować na własny rachunek. Tak drastyczna zmiana z pewnością odbiła się na moim samopoczuciu, bo musiałem pracować i więcej, i dłużej, ale myślę, że do depresji sporo mi jeszcze brakowało. Jednakże dla świętego spokoju mojej małżonki, a także trochę z literackiej ciekawości, wybrałem się do psychologa. Było to ciekawe doświadczenie, a temat na tyle obszerny, że wart osobnych rozważań. Obiecuję sobie zresztą kolejny etap tego rodzaju wtajemniczeń – wizytę u psychiatry, na co apetyt zrobił mi sam Woody Allen. Oczywiście nie osobiście, a za pośrednictwem swoich filmowych dzieł.
Terapia psychologiczna ubarwiła swoją niecodziennością moje nowe, poza korporacyjne, życie. Lecz gdy podczas jednej z wizyt prawie zasnąłem, kołysany aksamitnym głosem prowadzącej, stwierdziłem, że drzemkę mogę uciąć sobie w domu, i to za darmo. Postanowiłem więc zakończyć terapię, a sympatyczna pani psycholog z pewną ulgą potwierdziła, że to dobra decyzja. Widocznie byłem zbyt normalny i brakowało jej już konceptu co ze mną robić przez godzinę w tygodniu. Zwłaszcza, że do picia mieliśmy tylko wodę.
Tak więc nie zauważono u mnie żadnych istotnych odchyleń od psychicznej normy, a przynajmniej sympatyczna pani psycholog nic nie dała po sobie poznać. Skąd więc tęsknota za wariatami? Doświadczenia ze stosowaną psychologią pozwoliły mi na refleksję, że w moim życiu co jakiś czas pojawiały się postacie o dość, mówiąc oględnie, niecodziennych umysłowościach. Spotkanie z jedną z nich wyjątkowo głęboko zapadło mi w pamięć. Było za owych pięknych dni, gdy bary mleczne swoją odmiennością nie wabiły jeszcze hipsterów, influencerów czy wegetarian w ich rozmaitych odmianach – wpadało się tam, aby zwyczajnie i tanio zjeść prosty obiad. Wpadłem więc i ja któregoś dnia do jednego z barów mlecznych w centrum Gdyni, chwyciłem tacę z talerzem, na którym niezwykle apetycznie dymił kotlet mielony z ziemniaczkami, zapowiadając niezwykłe doznania kulinarne i rozejrzałem się po sali. Tylko jedno miejsce było wolne, przy stoliku, gdzie siedziała starsza pani o miłym wyglądzie. Była ubrana nieco staroświecko, ale ze smakiem i właśnie kończyła swój kotlet. Niegdysiejsze bary mleczne posiadały bowiem krótkie, acz treściwe menu, gdzie kotlet mielony posiadał tak mocną pozycję, jak dzisiaj co najmniej stek z sezonowanego antrykotu. Obok kobiety stała na stole niewielka czarna torebka.
Być może zapytałem czy mogę się dosiąść, nie pamiętam. W czasach owych w mlecznym barze nie dbano o konwenanse – gdy miejsce było wolne oznaczało to, że można je zająć. Podejrzewam zresztą, że kotlet mielony tak wówczas mną owładnął, że równie swobodnie dosiadłbym się do tygrysa w klatce. Byłem w studenckim wieku, gdy jeść się chce zawsze i wszędzie, i w zasadzie wszystko jedno co – byle tylko się za bardzo nie ruszało między zębami. Usiadłem więc i z ustami pełnymi śliny sięgnąłem po widelec, a wówczas starsza pani spojrzała na mnie zimno i stwierdziła dobitnie: „I tak nie ukradniesz mi torebki”. Zamarłem z uniesionym widelcem, a ona dodała jeszcze, mrużąc oczy: „Ja was znam, wy paryscy złodzieje”, po czym wstała i wyszła. Oczywiście z torebką.
Zdarzenie to musiało mnie wprawić w takie osłupienie, że mój stan było widać z daleka, bo barowa kasjerka, osoba podwójnie stateczna – bo i z cielesnej objętości, i z zajmowanego stanowiska – uspokoiła mnie z wysokości swojej wszechpotężnej kasy: „Niech się pan nie przejmuje. Ona tak zawsze.” Muszę jednak przyznać, że przejąłem się bardzo i właściwie do dzisiaj nie wiem dlaczego. Nie przestraszyłem się starszej pani. Uznała mnie co prawda za paryskiego złodzieja, ale potem oddaliła się spokojnie, nie robiąc żadnego użytku ze swojej czarnej torebki. Taki oręż w rękach kobiety może być przecież argumentem nie do odparcia, ale nie, ona wyszła po prostu i to wyszła jak dama – o ile można powiedzieć tak o kimś, kto wychodzi z mlecznego baru. Starsza pani zniknęła, ale pozostawiła we mnie na zawsze to wspomnienie spotkania z czymś nieokreślonym, z czymś, co budzi lęk, ale i pociąga zarazem i… kto wie, być może wtedy zostałem naznaczony przymusem tworzenia. Z tamtego czasu pochodzi jeden z moich pierwszych tekstów, piosenka o ulicznych wariatkach.
Wariatki
W chińskich szlafrokach, przetartych na łokciach,
W kapeluszach, zapomnianych przez lata,
Wychodzą, szepcząc słowa pod nosem,
Na ulice naszego świata.
Przeklinają słońce i deszcz,
Grzebią głęboko w koszach na śmieci,
Tuląc do piersi puste torebki
Łażą po naszym świecie.
Karmią koty za plecami kamienic,
Mieszają palcem chmury w kałużach
I leżą na łóżkach, jak rozbite szkło,
Kiedy w niezwykłej butelce po mleku,
Umrze niezwykła róża.
Oglądamy się długo, gdy idą,
Patrzymy na siebie czy śmiać się, czy nie,
Opowiadamy znajomym,
Szukamy w sobie na dnie.
Później patrzymy na drzewo,
Potem na niebo, za ptakiem
I już nie chcemy pamiętać
Twarzy ulicznych wariatek.
Karmimy koty za plecami kamienic,
Palcem chmury w kałużach mieszamy,
Tylko różę w zwyczajnym wazonie,
Kiedy jej płatki przygasną zwyczajnie,
Na inną zwyczajną zmieniamy.
Wspomniana starsza pani z torebką nie była w owym czasie jedyną osobliwą postacią w moim mieście. Wymieniony w tekście „chiński szlafrok” nie znalazł się tam przypadkiem – był z daleka rozpoznawalnym atrybutem innej kobiety. Jego właścicielka przechadzała się w nim po głównych ulicach miasta, mocno umalowana i w szerokim kapeluszu o dziewiętnastowiecznej proweniencji, wzbudzając tym równie wielkie rozbawienie, co i popłoch przechodniów. Trzeba bowiem wiedzieć czytelnikowi, że w latach osiemdziesiątych, gdy zdarzenie miało miejsce, aby wyjść na ulicę w szlafroku trzeba, było być naprawdę szalonym, szalonym klinicznie, a nie tylko z chęci wyróżnienia się z tłumu. Szlafrok sam w sobie był niezwykły: niezwykle barwny, atłasowy, pożądany przez wielu nie tylko z powodu swojej urody, ale także dlatego, że pochodził z Chin, kraju równie wtedy dla Polaków egzotycznego, co Madagaskar czy Polinezja. Można było się chwalić takim nabytkiem przed zaufanym gronem przyjaciół, ale wyjść w nim na ulicę? To mógł zrobić tylko człowiek szalony.
Mimo tej osobliwej moralności, która zakazywała w owym czasie tak zwanym ludziom normalnym zachowywać się z fantazją, uliczni wariaci nie byli jakąś specjalną osobliwością. Pamiętam kobietę w żółtym kasku motocyklowym o niezbyt wyrafinowanym kształcie, celnie porównywanym do połówki orzecha; chodziła w nim ulicami, trzymając się jak najdalej od ścian budynków i podobno nie zdejmowała go nawet do spania. Pamiętam starszego mężczyznę, ubranego niezależnie od pogody w brązowy płaszcz ortalionowy, z laską, przemyślnie zrobioną z nogi szpitalnego łóżka. Szedł, ciągnąc za sobą ni to wózek, ni to przyczepkę, pełną osobliwych przedmiotów, podartych książek, nic niewartych drobiazgów, jakby wyszedł przed chwilą z samego środka nieodkrytej jeszcze powieści Brunona Schulza. Pamiętam i innych. Myślę, że wtedy każde miasto miało swojego „wariata”, swoją „wariatkę”, swoją człowieczą osobliwość, z której podśmiewano się, ale którą traktowano z dobrocią, z życzliwym przymrużeniem oka, jako część miejscowego kolorytu.
Jak stwierdza w swoim dziele „Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu” Michel Foucault, „Aż do połowy XVII wieku ludzie na Zachodzie byli w sposób godny uwagi tolerancyjni wobec szaleńców i szaleństwa. Chociaż zjawisko to określał jakiś system wykluczenia i odrzucenia, stanowili oni część tkanki społecznej i systemu myślowego. […] I choć byli oni istotami z marginesu, nie wykluczano ich całkowicie, ale pozwalano im funkcjonować w obrębie społeczeństwa.”1 Jak wyczytać można dalej w dziele Foucault, sytuacja ta uległa drastycznej zmianie w latach późniejszych i wraz z rozwojem cywilizacji, dobre czasy dla nieszkodliwych zachodnich wariatów skończyły się. Być może do nas te zmiany dotarły znacznie później, bo polski wariat nie tylko długo miał się dobrze, ale był ceniony przez naszych wybitnych twórców. Z niewyczerpanych źródeł obłędu czerpał tematy Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, czy wspomniany już Schulz. Niejedna osobliwa postać pojawia się w „Lalce” Bolesława Prusa, oczywiście nie licząc Stanisława Wokulskiego, który bez ogródek zostaje nazwany „wariatem”, i to w całkiem dosłownym znaczeniu. Stanisław Ignacy Witkiewicz, notabene zwany „Wariatem z Krupówek” nie omieszkał swojego dzieła „Wariat i zakonnica” osobiście poświęcić „wszystkim wariatom świata” włączając w to „inne planety naszego systemu, a także planety innych słońc Drogi Mlecznej i innych gwiazdozbiorów”.
Nie dziwi, że twórcom wariat był bliski, wszak już Seneka Młodszy trafnie zauważył, że nie było wielkiego geniuszu bez domieszki szaleństwa2. Bohater o słabowitym umyśle, wariat, szaleniec boży, wioskowy głupek, jasnowidzący – cała galeria takich postaci jest obecna w światowej kulturze od wieków, nie mogło więc jej zabraknąć także w piosence. Po znakomite i namacalne tego przykłady można sięgnąć bardzo głęboko w przeszłość, bo aż do wieków średnich, ale miejmy litość nad czytelnikiem. Wystarczy chyba zauważyć, że bez szeroko pojętego wariata zubożałyby przepiękne pieśni Édith Piaf jak choćby „Padam, padam” czy „Bravo pour le clown”, sens straciłby poetycki „Fool on the hill” Beatlesów, nie wspominając nawet o „Dark side of the moon”, jednej z najsłynniejszych płyt w historii muzyki rockowej. W dziewiątym z kolei utworze na tej płycie, zatytułowanym „Brain Damage”, Roger Waters wyznaje, że w jego głowie poza nim samym jest jeszcze ktoś:
The lunatic is in my head,
You raise the blade, you make the change,
You re-arrange me ’til I’m sane.
You lock the door
And throw away the key,
There’s someone in my head but it’s not me.
czyli w wolnym przekładzie:
W mojej głowie jest szaleniec,
Ty wznieś ostrze, dokonaj zmiany,
Przerób mnie, póki jestem przy zdrowych zmysłach,
Ty zamknij drzwi
I wyrzuć klucz,
W mojej głowie jest ktoś, ale to nie jestem ja.
Popularna niemiecka piosenka, brana za swoiste dzieło sztuki ulicznej, a w rzeczywistości pochodząca z dziewiętnastowiecznej operetki, instruuje wręcz, że wariaci są w Berlinie i tam należy się udać, aby wśród nich znaleźć swoje miejsce:
Du bist verrückt mein Kind,
du musst nach Berlin.
Wo die Verrückten sind
da gehörst du hin.3
W wolnym przekładzie:
Zwariowałaś, moje dziecko,
Musisz pojechać do Berlina.
Twoje miejsce jest tam,
Gdzie są wariaci.
Ale nie można się z tym zgodzić, gdyż wariaci są wszędzie, a poza wariatami z importu mamy też naszych, krajowych. I nie są to bynajmniej osobniki w gorszym gatunku.
Z bardziej znanych mamy więc tańczącą wariatkę z tekstu Agnieszki Osieckiej, rozsławioną przez Marylę Rodowicz, o nienormalnych mowa „W nieciekawych czasach” Wojciecha Młynarskiego, a zwłaszcza w jego „Kupletach wariatów”. O „Głupim Jasiu” śpiewa Jacek Kaczmarski, o „Wigilii w domu wariatów” śpiewa Mirosław Czyżykiewicz. Grzegorz Turnau przypomina nam w piosence opowieść Tuwima jak to się spotkała „miejscowa idiotka z tutejszym kretynem”. Co ciekawe, nie udało mi się znaleźć ani jednego wariata w tekstach Jeremiego Przybory. Być może za mało poświęciłem na to czasu, a może autor, znany z niezwykłego taktu, nie mówił o wariatach wprost, uznając słabość umysłu za rodzaj przywary, o której mówić nie wypada, bo i tak każdy widzi? Lecz zarówno sam Jeremi Przybora jak i pełnowymiarowy Kabaret Starszych Panów to przecież sam w sobie wspaniały i bogaty przykład nienormalności, zwłaszcza na tle czasów, w których powstawał. I to nienormalności w najlepszym wydaniu, tej o której mówi wielka literatura. Nienormalności, która w swojej istocie jest tęsknotą za uwolnieniem od przymusu obyczaju, formy, treści. Podobną wysepką szaleństwa „wysepką w morzu bestialstwa, szarzyzny, głupoty, łajdactwa, nietolerancji i przemocy” jak mówił Piotr Skrzynecki, była Piwnica Pod Baranami, a przez jej malutką scenę przewinęły się całe zastępy odszczepieńców, wariatów bożych i ofiar systemowego obłędu, powoływanych do życia przez piwnicznych artystów.
A jak się ma wariat we współczesnej polskiej piosence? Chyba nie najgorzej, jeśli z czułością śpiewa o nim Renata Przemyk:
Wpadaj do mnie często jakbyś wpadał w szał,
Kaftan bezpieczeństwa zdejmuj szybko w drzwiach,
Na twej głowie palma w moich włosach bzik,
Kochaj mnie jak wariat.
„Na cześć wariata” śpiewa Ania Wyszkoni, o ulicznym wariacie posłuchać można w piosence zespołu Strachy na Lachy, wspomina o nim Budka Suflera, nieistniejący już Myslowitz uzmysławia nam, że „w każdym z was jest wariat” w utworze „Myszy i ludzie”. Jest to pewnie nawiązanie do jednego z najznakomitszych dzieł Johna Steinbecka, krótkiej lecz jakże przejmującej powieści „Of mice and men”, której jednym z głównych bohaterów jest upośledzony osiłek o umysłowości małego dziecka.
W poszukiwaniu wariata we współczesnych polskich piosenkach zajrzałem na Spotify, który okazał się znakomitym narzędziem do tego celu. Samych wariatów znalazłem tam kilkuset, nie zabrakło też wariatek, szaleńców, głupków, pojawił się nawet idiota i debil, i to w najróżniejszych muzycznych odmianach: od muzyki pop, przez rock, trash metal i cięższe jego warianty po tak zwany (na ogół z przekąsem) polski rap, a skończywszy na disco polo, bo potem naprawdę nie ma już nic. Wyniki tych poszukiwań naturalnie nie oznaczają moich osobistych refleksji na temat utworów i wykonawców – to tytuły piosenek lub nazwy zespołów, zawierające wymienione słowa. Wynika z tych rozważań, że polski wariat nie tylko ma się dobrze, ale nawet łączy pokolenia i muzyczne gatunki.
Nie badałem co prawda samych tekstów, ale pewnie większość z nich używała wariata w całkiem zwyczajny sposób, nazywając tym określeniem naiwnego kochanka, niepoprawnego altruistę czy idealistę bez wyobraźni. Myślę, że mało się znajdzie takich przykładów ujęcia szaleństwa w piosence, jakie znalazłem w tekście Andrzeja Garczarka „Sobota”. Znakomity ów autor nie używa głębokich metafor ani poetyckich odniesień i nazywa obłęd zupełnie konkretnie:
Trzydziestoletni taksówkarz z Pittsburga
Strzelał do tłumu na głównej ulicy,
Pan ordynator przy światkach go badał,
Stwierdzili ciekawy przypadek nerwicy.
Żyjemy w czasach, gdy głupca stojącego na wzgórzu i patrzącego na zachodzące słońce zastępuje niebezpieczny typ z bronią w ręku i całym zestawem psychicznych odchyleń. Trochę żal, ale dobrze, że ktoś umie nazywać rzecz po imieniu. Może dzięki temu zaczniemy bardziej uważać na wariatów i przestaniemy im wkładać brzytwę do ręki, gdy z miłym uśmiechem obiecują, że nas ogolą.
Jednak mimo wszystko patrzę przez okno i tęsknię za normalnym wariatem ulicznym, który w międzyczasie gdzieś niepostrzeżenie zniknął. Mam nadzieję, że tylko zaszył się gdzieś w tłumie i czeka na lepsze czasy, czasy nieciekawe. Obyśmy tylko obaj dotrwali.
–––
1 Michel Foucault, Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu, przeł. H. Kęszycka, Warszawa 1987, s. 40.
2 Nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit. (łac.), Seneka Młodszy, De tranquillitate animi 17.10.
3 Cytat z marsza „Vorwärts mit frischem Mut“, pochodzącego z dziewiętnastowiecznej operetki „Fatinitza” Franza von Suppé, austriackiego kompozytora i dyrygenta, rozsławiony przez film Ludwiga Linkmanna „Der eiserne Gustav” z 1958 roku.