Skip to main content Scroll Top

Piosenka codziennego użytku

Życiowe sprawy układają się zawsze nieoczekiwanie i przy tym rzadko po naszej myśli, a czasami przybierają przy tym pozycje wręcz niepokojące. Do takiego wniosku dochodzę spoglądając w kalendarz – w czasie bowiem gdy powstaje niniejszy tekst jest maj, a ja mam za sobą już pięć pogrzebów. Czyli średnie tempo to jedna wiązanka okolicznościowa miesięcznie. Prawdę mówiąc, niedawno dostałem też zaproszenie na ślub, lecz datę wyznaczono dopiero na środek września, czyli nie ma co liczyć na jakieś odwrócenie czy choćby złagodzenie ponurego trendu. „Pięć pogrzebów i wesele”, rzec by można, nawiązując do tytułu znanego filmu. O ile nie nadejdą jakieś kolejne ponure wieści.

Ponieważ jednak żaden z wzmiankowanych pogrzebów nie był jak dotąd moim własnym, uznałem, że warto na razie zachować pogodę ducha. W tym nastroju utwierdziła mnie dodatkowo Cesaria Evora, której piosenki nieoczekiwanie usłyszałem w czasie jednej z pięciu pożegnalnych uroczystości, tym razem zorganizowanej w tak zwanej świeckiej wersji. Muszę przyznać, że głos bosonogiej pieśniarki, płynący z dalekiego Zielonego Przylądka (za pośrednictwem systemu nagłośnienia), napełnił mnie większą otuchą niż typowa przy tego typu okazjach sugestia organisty: „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”. Język hiszpański znam wyłącznie ze słyszenia i nie wiem o czym dokładnie śpiewa Cesaria, mimo to i tak wolę jej propozycje. Nawet jeśli pobrzmiewa w nich smutek i tęsknota, wprawiają mnie w dobry humor. No i pamiętam sympatyczne zdjęcie Cesarii Evory z cygarem w ręce. Cygaro, nieprzesadna szklaneczka rumu i Tiempo y silencio – czy można sobie wyobrazić piękniejsze pożegnanie?

Ale nie chodzi mi tym razem o funeralne obszary naszej kultury, choć z pewnością są one godne zainteresowania, także w aspekcie związanych z nimi pieśni i piosenek. Pieśni z tej branży jest sporo, z piosenek zaś znam prawdopodobnie tylko jedną, za to całkiem wesołą: „Umarł Wojtek umarł, już leży na desce; gdyby mu zagrali, zatańczyłby jeszcze”. Mam wielką nadzieję, że podobnie żartobliwych znalazłoby się więcej. Nie są może powodem do podobnej wesołości rodzinne zgromadzenia, organizowane z okazji ostatnich pożegnań (no, chyba że spadek okazał się obfity). Zawsze za to dają sposobność, aby wspomnieć tych, którzy już pozbyli się życiowych problemów i przebywają na zasłużonym wiecznym odpoczynku. Pewnie dlatego, gdy obserwując gromadzący się powoli przed cmentarną bramą orszak żałobników, gawędziłem z jednym z kuzynów, obu nam jednocześnie przyszła na myśl ciotka imieniem Antonina.

Była to postać niezwykle barwna i lubiana w naszej rodzinie, znana przy tym z niezwykłej żywotności. Nie zwalniała tempa także w czasie, gdy zbliżała się do setnego roku życia. Często samodzielnie przemierzała Bulwar Nadmorski w Gdyni i to tak zamaszystym krokiem, że wręcz ze świstem powietrza mijała inne osobniki swojego gatunku, kilkudziesięcioletnie zaledwie, wlokące się z wysiłkiem noga za nogą. I była to na dodatek ciotka śpiewająca.

Tu przypomina mi się rodzinna anegdota, związana z jej osobą. Wprawdzie ta anegdota w żaden sposób nie wiąże się z tematem artykułu, za to jestem jej głównym bohaterem, więc jak tu się oprzeć pokusie sławy i poklasku? Poza tym po pięciopogrzebowym wstępie należy się lżejszy przerywnik. Otóż byłem wówczas w wieku, kiedy stworzenia podobnego rodzaju trzyma się w zamknięciu z kratami, zwanym dla niepoznaki łóżeczkiem dziecięcym. Oficjalnie chodzi o zabezpieczenie przed szkodami materialnymi lub uszczerbkiem na zdrowiu, ale spójrzmy prawdzie w oczy – przede wszystkim idzie o święty spokój domowników. Wszak dziecko zamknięte w takim łóżeczku nic złego zrobić nie powinno. A jednak…

Owego feralnego dnia okazało się, że ciotce Antoninie zginęła sztuczna szczęka. Była to jedna z kwestii, która w ścisły sposób łączyła mnie z ciotką – zarówno ona jak i ja zębów mieliśmy niewiele, więc zapasowy zestaw dla nas obu był interesującym obiektem. Gdy zatem po wielu bezskutecznych poszukiwaniach zrozpaczona ciotka (wszak nie mogła bez zębów nacieszyć się obiadem) przypomniała sobie, że zostawiła sztuczną szczękę na półeczce tuż obok mojego łóżeczka, natychmiast stałem się głównym podejrzanym. Komisja śledcza w składzie dwóch innych ciotek i babci rozpoczęła przesłuchanie. Przyrodzony kobietom instynkt od razu podsunął najlepsze możliwe pytanie, które brzmiało po prostu: „Gdzie masz zęby cioci?”. Wieść rodzinna głosi, że odrzekłem wtedy rzeczowo: „W dupie”.

Wyobrażam sobie oburzenie komisji. Wszak mieć coś tam, gdzie dokładnie wskazałem, oznaczało najwyższe lekceważenie, a chodziło przecież o sprawy wyjątkowo żywotne dla dorosłych. Na dodatek wyraziłem swoją opinię poprzez brukowe słownictwo, co z pewnością jeszcze bardziej zbulwersowało dociekliwie kobiety. Inna rzecz, że kto mógł mnie nauczyć podobnie paskudnych wyrazów, jak nie dorośli właśnie. Ale szybko okazało się, że jestem niewinny – a przynajmniej niewinny obrazy sądu – bowiem zęby ciotki rzeczywiście miałem w dupie, a dokładniej mówiąc: w majtkach. Znajdowały się w tylnej ich części, wobec tego moje wskazówki były precyzyjne, choć wyrażone w dość swobodny sposób. Po krótkich obradach komisji zostałem uniewinniony. Zostawianie sztucznej szczęki w zasięgu małego dziecka to zwyczajne prowokowanie losu i trudno mieć pretensje, że zainteresowało się tak niezwykłym znaleziskiem. Wszyscy byli zadowoleni, że zguba się znalazła, a co więcej – że za pomocą zębów ciotki nic nie zostało odgryzione.

Ciotka Antonia odtąd zawsze budziła jedynie wesołe i pogodne skojarzenia, a na dodatek była, jak się już rzekło, ciotką śpiewającą. Śpiewała przy wielu okazjach, głównie w czasie rodzinnych spotkań przy stole. Niekoniecznie miało to związek z mocnymi trunkami. Myślę, że był to śpiew przede wszystkim powodowany radością, zarówno radością obcowania z bliskimi osobami, jak i z ludźmi w ogóle. Nie potrafię niestety przywołać z pamięci żadnego z tekstów jej piosenek. Naturalnie często były w nich przedstawiane sprośne damsko-męskie historie, które zawsze spotykały się z żywiołowym odbiorem nie tylko dorosłych, lecz i licznie zgromadzonej dzieciarni. Najmłodsi śmiali się najgłośniej, mimo że najmniej rozumieli o co chodzi, bo piosenki, co prawda niegrzeczne, stroniły od niecenzuralnych wyrażeń. Ciotka śpiewała też o urokach codzienności, o przyrodzie, powszednim życiu i zawsze zaczynała zwyczajnie, bez żadnych wstępów, zapowiedzi czy stukania w szklankę. Były to piosenki zwykłego codziennego użytku, które wszystkich nas, słuchających, wprowadzały zawsze w dobry nastrój i nadawały lepszy smak dniu spotkania.

Wspomniawszy ciotkę zadałem sobie pytanie czy i dzisiaj piosenka jest w stanie pełnić rolę artykułu codziennego użytku. Słuchamy oczywiście piosenek, nawet korzystamy z nich o wiele intensywniej niż za czasów wspaniałej aktywności Antoniny. Dzięki serwisom streamingowym i urządzeniom elektronicznym możemy być zanurzeni w muzyce dosłownie po uszy, a ogólnodostępne światowe zasoby – które powiększają się w obłędnym tempie z każdą sekundą – pozwoliłyby chyba na słuchanie utworów bez powtórzeń w nieskończoność. Rozmaite style, okresy twórczości, cała gama wykonawców, oryginalnych wykonań i ścigających się ze sobą interpretacji – jest tego tak dużo, że trudno się oprzeć wrażeniu przesytu. Jednakże sądzę, że współczesny odbiór piosenek jest dość bierny, a na dodatek pozbawiony dodatkowego smaku towarzystwa i wrażeń innych ludzi, gdy pozostajemy zamknięci w sferze bezprzewodowych słuchawek. Jak zrobić dobry użytek z tak powierzchownie odbieranej piosenki? A pamiętam ze swojego życia kilka zdarzeń, oczywiście z epoki przedstreamingowej, gdy udało mi się to zrobić w całkiem konkretny sposób.

Pierwsza wspomnieniowa migawka pochodzi z dość dawnych i siermiężnych czasów, gdy na listach przebojów gościły w większości piosenki krajowe. Był wśród nich utwór pod tytułem „Basia”, wykonywany przez Zbigniewa Wodeckiego, który udało mi się nawet odnaleźć w odmętach Internetu. Tekst nie jest specjalnie wysokich lotów; głównie opisuje w lapidarny sposób czego anonimowy ofiarodawca nie ma zamiaru wręczać tajemniczej Basi. Nie mogą to zatem być ani ananasy, ani wachlarz ze strusich piór, wyklucza się kokosy i wór złotych jabłek, nawet żadne skarby świata nie wchodzą w grę. Co do wora jabłek czy kokosów to zgoda – przeciętna kobieta miałaby trudności z udźwignięciem takiego zestawu podarków, ale już skarbów świata trochę szkoda. Mając odpowiednie środki finansowe do dyspozycji, mogłaby przecież wynająć transport. W zamian ofiarodawca proponuje o wiele lżejsze ruchomości, jak na przykład ciepły wiatr, nić babiego lata czy zmierzch i pierwsze zorze. Czyli w sumie nic konkretnego. Raczej trudno liczyć na to, że jakaś rezolutna Basia da się skusić i w zamian sprezentuje dawcy coś, na co miałby pewnie największy apetyt. Tak czy inaczej, imię „Basia” w piosence pojawia się tyle razy, jakby autor chciał w ten sposób zahipnotyzować docelową Basię na tyle, aby straciła rozum i uległa. Z drugiej strony, prosty tekst bez pretensji do arcydzieła literatury śpiewanej oprawiony w prostą, chwytliwą melodię, to najlepszy sposób na przebój. Gdy do takiego zestawu dodać wykonanie Mistrza Wodeckiego, zrozumiałe jest, że piosenka cieszyła się wielkim powodzeniem i często można było ją usłyszeć w radiowych audycjach.

Trzeba trafu, że w owym czasie moi sąsiedzi mieli dwie piękne córki. Jedna z nich była moją klasową koleżanką, druga miała dobrych kilka lat więcej, czyli znajdowała się zupełnie poza moim zasięgiem, chłopaka w wieku podstawowym. A przecież, gdy pewnego dnia minęła mnie na klatce schodowej, roztaczając piękny zapach młodej kobiety, odczekałem aż oddali się na bezpieczną odległość i na melodię przeboju zanuciłem pod nosem: Basia, Basia, Basia… Bo oczywiście starsza siostra miała na imię Barbara.

Nie mam pojęcia co mnie wtedy podkusiło. Nigdy nie byłem typem podrywacza i nie miałem zbytniej śmiałości do tak zwanej wówczas płci pięknej. Na dodatek, jak już wspomniałem, obiekt pożądania był wysoko powyżej mojej kategorii. Może samoczynnie zadziałał instynkt gatunkowy, który jak wiadomo obywa się najczęściej bez udziału rozumu. Następnego dnia młodsza z dwóch pięknych sąsiadek zagadnęła mnie w szkole wesoło: „Dlaczego podrywasz moją siostrę?”. I wyczułem nawet w jej słowach odrobinę kobiecej pretensji… W ten sposób udało mi się bezwiednie zrobić najlepszy możliwy użytek codzienny z piosenki.

Kolejne zdarzenie miało miejsce ładnych kilka lat później, w czasach studenckich. W czasie powrotu z wyprawy w Bieszczady, rozłożyliśmy się grupą przyjaciół na rynku miasta Krosno, w oczekiwaniu na pociąg. Było piękne lato, a my, syci bieszczadzkich doznań, leżeliśmy leniwie na ciepłych od słońca kamiennych płytach, otoczeni plecakami i wszelkim dobytkiem wędrownym. I oto nagle ukazała się naszym oczom para młoda, najprawdopodobniej będąca tuż po uroczystości zaślubin. Być może wyszli na przechadzkę po rynku i wszelki przypadek błogosławiony sprawił, że znaleźli się o kilka kroków od nas. Na szczęście obdarzeni byliśmy przez naturę refleksem i ogólnym rozgarnięciem, dzięki czemu natychmiast chwyciliśmy za gitary (gitarzystów było dwóch) i zaśpiewaliśmy „Już mi niosą suknię z welonem…”, czyli piosenkę „Windą do nieba” nieodżałowanego zespołu Dwa Plus Jeden. W tamtym czasie Janusz Kruk i Elżbieta Dmoch lata największej świetności już mieli chyba za sobą, o ile pamiętam, ale ich piosenki wciąż intensywnie żyły wśród młodych ludzi. Nic więc dziwnego, że śzapiewaliśmy czysto i pełnymi głosami, na co para młoda i towarzyszące im osoby stanęli jak wryci i zaraz, uśmiechnięci wszyscy od ucha do ucha, z entuzjazmem wysłuchali do piosenki końca. Z wrażenia powtórzyliśmy kilka razy te same zwrotki, lecz nikt nie miał pretensji, przeciwnie – gdy skończyliśmy rozległy się brawa i weselnicy obficie sypnęli monetami, a i parę banknotów opadło przed nami z wdzięcznym szelestem. Podziękowawszy w ten znakomity sposób, odeszli wszyscy jeszcze weselsi, niż przedtem. Tak więc zrobiliśmy dobry użytek z piosenki, i to dobry w podwójnym tego słowa znaczeniu: para młoda wzbogaciła się o miłe, jak mam nadzieję, wspomnienie, zaś my – o kilka butelek piwa na głowę. Zaręczam, że w tamtych okolicznościach smak trunku zdobytego w tak nieoczekiwany sposób, był dla nas wyjątkowy, mimo że z pewnością był to albo Żywiec, albo Okocim, bo w owych czasach przeważnie nie było innego wyboru.

Podobnych zdarzeń mógłbym przypomnieć sobie więcej, jak mam nadzieję, poprzestanę jednak na już tylko jednym przykładzie, za to wyjątkowo brzemiennym w skutki. Oto napisałem piosenkę dla dziewczyny. Wysłuchała spokojnie premierowego jej wykonania, po czym stwierdziła, że owszem, ładnie. Czy mówiła szczerze, trudno powiedzieć. Jak radzi jeden ze znanych tekstów „nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam”, być może i w tym przypadku moje dzieło zyskało pochwałę tylko z uwagi na wrodzoną kobietom grzeczność. Od tamtego dnia minęło już ponad trzydzieści lat, a my nadal jesteśmy razem i do tego z dwójką dzieci, czyli w tym przypadku skutki użycia okazały się naprawdę brzemienne i zarazem zanosi się na dożywocie… Tu nasuwa się wniosek, że użytek codzienny z piosenek robić trzeba, byle z głową. Czasami lepiej ugryźć się w język (albo w pióro, gdy chodzi o utwór autorski) przed użyciem i dokonać głębokiego namysłu, bo piosenka, choć przez lekką muzę firmowana, potrafi nas ciężko doświadczyć. Przytaczam poniżej fragment owego tekstu, dla ilustracji, a może i dla przestrogi…

Nad dachami mojego Paryża
Zimny księżyc wyrasta,
Gdy wracam, twoim ciepłem podszyty,
Z Pól Elizejskich Trójmiasta.
Przestrzeń dymi światłami,
Lipy w mokrych pończochach,
Już przemijanie w ogrodach się dzieje,
Liście rozkleja na płotach.

Może stąd uciekniemy, a może
Poczekajmy jeszcze, do jutra,
Może tutaj będziemy niezgorzej żyć –
Ty we mnie, a w tobie ja będę lśnił.
(…)

Jechałem samochodem, rozmyślając nad tekstem niniejszego artykułu, a zwłaszcza nad jego zakończeniem, które choć zawsze nieuchronnie nadejść musi, to często się ociąga, gdy nagle z radia popłynęły słowa piosenki: “I nic mi już nie trzeba, Warszawa ja i ty, a w górze błękit nieba, ach, to już wystarczy mi…”. Dlaczego poczułem wtedy nagłe wzruszenie, połączone z radością, nie wiem. Czy chodziło o wykonanie, którego autorem jest zespół Kwiat Jabłoni, czyli Katarzyna i Jacek, utalentowane potomstwo równie utalentowanego Kuby Sienkiewicza? O specyficzny, uroczy głos wokalistki, o bezpretensjonalną aranżację, która nawiązuje do powojennych szlagierów, a jest przy tym jak najbardziej współczesna? Na pewno tak. A może powodem jest sama piosenka, jakiś mój z nią związek emocjonalny? „Warszawa, ja i ty” do muzyki Jerzego Haralda i słów Ludwika Starskiego pochodzi z 1948 roku, ja pojawiłem się na świecie wiele lat później. Nie jest to utwór mojego pokolenia. Owszem, widziałem film „Skarb”, do którego piosenka została skomponowana i sądzę, że to znakomita polska komedia, jednak zaliczyć ją można do dawno minionego czasu, do epoki „W starym kinie”, tak świetnie kiedyś przypominanej odbiorcom w telewizyjnym cyklu Stanisława Janickiego.

Niewykluczone, że moje poruszenie wywołał znowu zwyczajny instynkt gatunkowy, obywający się najczęściej bez udziału rozumu, więc nie ma sensu dociekać tu racjonalnych przyczyn. Uświadomił mi po prostu, że aby trwać, zawsze warto sięgać do przeszłości i czerpać jak najwięcej z tego, co osiągnęli inni. W ten oto sposób stara, jakże stara piosenka nie tylko nie została zapomniana, ale kolejny raz się rodzi w nowym młodym wykonaniu i znów daje radość.

Zrobiłem więc użytek z tej radości, zwykły codzienny użytek i pozostałem w dobrym humorze do późnych godzin nocnych. To był udany dzień. Jeszcze dzisiaj się uśmiecham, gdy sobie przypomnę.

—